Skip to content

Wszystko już wypiłeś Tony?

Posted in Recenzje

Słoneczny poranek. Środek tygodnia. Kraków. W rękach trzymam biografię Tonego Adamsa pt. „Uzależniony”. Ładuję się do o dziwo niezatłoczonego tramwaju i jestem głęboko przekonany, że absolutnie nic nie będzie w stanie zakłócić mojej ściśle prywatnej, na wskroś osobistej przyjemności czytelniczej. Szybkie spojrzenie do wnętrza wagonu, wszak konsumpcja książkowa wymaga minimum wygody, a konkurencja ze strony współpasażerów jest ogromna. Błyskawicznie tworzę w głowie zdjęcie typu 360 stopni, oceniam sytuację i kocim ruchem, jak agent z filmu „Mission: Impossible” zajmuję najdogodniejsze miejsce na samym końcu tramwaju. W zasadzie mogę swobodnie napisać, że jest to zad pojazdu. Cóż tam, zad nie zad, ale miejscówka idealna. Z westchnieniem rozkoszy moszczę się i już mam otworzyć książkę, kiedy obok mnie siada siwy, starszy jegomość. Patrzę na niego i oceniam. Elegancki, z wyglądu nienatarczywy, przeszkadzać nie będzie, myślę. Więc zbieram się do drugiego podejścia pod Adamsa, kiedy kątem oka widzę, że mój sąsiad zaczyna w zupełnie niekontrolowany sposób machać rękami. Przecina powietrze kończynami jak wioślarz wodę wiosłami. Patrzę na niego lekko zdziwiony, a on do mnie mówi jedno krótkie słowo. Osa. Faktycznie brzęczy tocząc koła wokół nas najwidoczniej ostro wkurzony owad. Dobrze myślę, wyeliminuję tego przeciwnika humanitarnie, nie zabiję tylko zniechęcę albo ogłuszę. Zaczynam machać łapami i nic. Chwytam więc książkę, bo tylko taką broń mam pod ręką i trafiam tę przebrzydłą, namolną osę jak rakietką do tenisa stołowego. Fru, odbita poleciała w głąb tramwaju. Wreszcie spokój, wreszcie mogę skupić się tylko i wyłącznie na książce. Ale nie, ta wredna, z dobroci serca, nieukatrupiona przeze mnie osa wraca jeszcze bardziej namolna i po bzyczeniu oceniając teraz już na serio wkurzona. Ładuję więc następny pocisk książkowy, rąbię ją w powietrzu na odlew i nie czekając na efekt tego działania śpiesznie rzucam się na wolne miejsce w środku wagonu. Ocieram pot z czoła i tak sobie myślę, że jakby nie patrzeć, obojętnie jak wygodny zad, zawsze dupą zostanie.

tony-adams-uzalezniony

Opowiastka ta ma wbrew temu, co może się wydawać, wiele wspólnego z „Uzależnionym”. Mam kolegę, który tego rodzaju sytuacje kwituje formułą: „Znaki, znaki, wszędzie znaki”. Jest w tym stwierdzeniu odrobina magii ludowej i zabobonu. Zwykle słysząc te słowa uśmiechałem się z politowaniem, ale w tym wypadku muszę przyznać mu rację. Bo podobnie jak ta osa, biografia Adamsa, odrzucana, odkładana na dalsze miejsce w kolejce lektur, natrętnie wracała. Nie podobał mi się styl, w jakim została napisana. Proste zdania, jak komunikaty wojenne, bez polotu, ale za to zwięźle i rzeczowo ogłaszały swoją treść. Czasami wydawało mi się, że czytam spis meczów, zawodników i bramek, jak książkę telefoniczną. Wszystko było suche i bez smaku. Jakbym jadł paluszki bez soli. Zdziwiony czytałem rekomendacje na okładce mówiące o jednej z najmocniejszych książek piłkarskich, jakie powstały. Naprawdę? Zadawałem sobie pytanie. Chyba trafił Tony Adams na kiepskiego „ghostwritera”, albo to tłumacz uczynił z tej opowieści niemrawy ciąg wydarzeń.  Dlaczego Ian Ridley nie stara się umieścić tej pięknej kariery piłkarskiej w kontekście czasów, kiedy miała miejsce. Nawet dramatyczne okoliczności wypadku samochodowego Adamsa nie wydawały się takie dramatyczne. Nawet opis pobytu w więzieniu nie był jakoś specjalnie więzienny…

Skoro jest tak źle, to dlaczego nie mogłem tej lektury przesunąć na dalszą pozycję w mojej książkowej kolejce? Wracała do mnie jak ta osa z tramwaju, uporczywie i bezwzględnie. Myślałem o tym przyznaję długo, aż wreszcie znalazłem odpowiedź. „Uzależniony” to po prostu mądra książka. Mądra, ale nie mądrością oczytanego myśliciela, erudyty z barwnym językiem. Nie głębokim przekazem skomplikowanego intelektualisty. Nie myślami szalonego artysty, uciekającego w tylko dla siebie zrozumiały świat. Mądra, mądrością człowieka doświadczonego przez swój alkoholowy problem. Prostego chłopaka z Londynu, który wszystkiego nauczył się na własnych błędach. Imponuje mi to, w jaki sposób Adams próbuje stać się lepszym człowiekiem, jak pracuje nad sobą. Trzeba mu przyznać, że jest w tym cholernie konsekwentny.

Muszę też napisać, że znając sytuację, w jakiej znalazł się Tony Adams, kiedy wydawało mu się, że picie na umór nic w życiu nie przeszkadza, bo są pieniądze i sił do gry w piłkę nie brakuje, znajduję jeszcze jedną analogię do tramwajowego wstępniaka. Faktycznie okazuje się, że jeśli znajdziesz się w dupie, choćby nie wiem jak luksusowej to zawsze jest tylko wielka, głęboka dupa i od ciebie wyłącznie zależy czy się z niej wykaraskasz…

P.S Wszystkim zwolennikom powstania tzw. „Superligi” dedykuję cytat ze stron 313 i 314…Kilka innych ciekawych myśli o futbolu, też się w tej książce znajdzie…A na koniec trochę muzyki.

 

One Comment

  1. Mirek d.
    Mirek d.

    Joe aż takim wielkim kibicem nie był,ale w stosunku do Tony’ego zachował się znakomicie.Szkoda,że już go z nami nie ma.Dobry tekst.Jestem jeszcze przed lekturą.Pozdrawiam!

    17 października 2016
    |Reply

Dodaj komentarz