Skip to content

Stadion Hasmonei Lwów i mecz śmierci

Posted in Futbolowe miejsca, and Historia

Któregoś lutowego dnia zebrałem się w sobie, spakowałem plecak i wraz z grupą skrajnie nieodpowiedzialnych kolegów udałem się na wyprawę do Lwowa. Cel ogólny wycieczki z futbolem nie miał nic wspólnego. Ja jednak, za punkt honoru obrałem realizację kilku piłkarskich zadań. Oczywiście w spełnieniu postanowienia nikt z „podróżników” nie zamierzał mi pomóc. Ba, odzywały się nawet głosy dezaprobaty, brutalnie pacyfikując nieśmiałe popiskiwania, nielicznych, chcących poprzeć moje pomysły. Trudno, pomyślałem. Trzeba działać na własną rękę. Środowisko jest wysoce nieprzyjazne piłce nożnej, lecz nie w takich okolicznościach dawałem sobie radę.

Program, który wymyśliłem zakładał zwiedzenie, co najmniej trzech miejsc, gdzie przed wojną rozgrywały swoje mecze drużyny lwowskie. Życie weryfikuje jednak najbardziej wzniosłe plany. Stopniowo, jak źle ułożone płytki ceramiczne na ścianie, elementy niedoszłych uniesień piłkarskich z nieprzyjemnym trzaskiem lądowały w niebycie. Wreszcie stwierdziłem basta! Żegnaj ma wierna kompanio. Musimy się rozstać na jeden dzień przynajmniej, nim wszystko weźmie w łeb. Nie bacząc na perspektywę samotnych wędrówek, skierowałem swe kroki w stronę dzielnicy Kleparów. Stadion Hasmonei Lwów miał mi się nie wymknąć.

Wybór akurat tego miejsca był w tym momencie wyprawy zasadny z kilku względów. Po pierwsze nie dysponowałem nadmiarem czasu, a w związku z tym, że planowałem spacer, trzeba było wybrać obiekt blisko mego miejsca startowego. Po drugie w przeciwieństwie do, na przykład, stadionu Pogoni ten do dzisiaj egzystuje (jest to dobre określenie, o czym Państwo przekonają się później).

Pewnym krokiem pokonałem długą, zabudowaną XIX wiecznymi kamienicami ul. Gródecką i na wysokości dawnego szpitala żydowskiego, skręciłem w ulicę Kleparowską. Po kilku minutach znalazłem się na Górze Stracenia, gdzie stoi świeżutko wyremontowany monument, ustawiony na pamiątkę egzekucji Teofila Wiśniowskiego i Józefa Kapuścińskiego. Widok na Lwów przecudny, ja jednak szukałem ulicy Złotej. Kilka chwil zajęło mi zorientowanie się w terenie i pomaszerowałem dalej. Zabudowa historyczna ustąpiła miejsca obskurnym blokom powstałym za czasów ZSRR. Szare, dziesięciopiętrowe klocki wyglądają smutno i są mocno zaniedbane. Podchodzę do pani niosącej w siatce zakupy i pytam, czy daleko do stadionu Torpedo, bo już trochę tą ulicą Złotą idę. Na to, życzliwie zdziwiona rozmówczyni mówi, że niedaleko, ale nie ma sensu tam iść, bo to ruina i w dodatku zamknięta. Nic się tam nie dzieje. Uśmiecham się i dziękuję miłej pani. Naturalnie opinia ta nie jest w stanie mnie zniechęcić, bo wiadomo, na Ukrainie jak coś zamknięte, znaczy, że da się wejść. Później zrozumiałem, o co tak naprawdę chodziło z tym zamknięciem…

Faktycznie, było niedaleko. Kilkaset metrów dalej skończyły się bloki, i po prawej stronie ulicy (idąc od centrum miasta) ukazały się wysoko wypiętrzone wały ziemne. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak dobrze zachowane grodzisko średniowieczne. Lecz kiedy podszedłem bliżej zauważyłem schody prowadzące do czegoś, co w przeszłości było bramą główną obiektu i zrujnowany płot z płyt cementowych, ulokowany romantycznie na koronie, jak się domyśliłem, stadionu. W pierwszej kolejności pokonałem schody. Monumentalne kiedyś wejście na obiekt jest w stanie opłakanym. Odrapane białe kolumny, pomazane sprayami i ochlapane różnokolorową farbą wyglądały koszmarnie. Zgodnie z tym, co przekazała mi sympatyczna pani, metalowe, solidne bramy były pieczołowicie zamknięte na kłódki. Oczywiście zabieg ten, absurdalny w zamyśle, był tylko formalną grą sytuacyjną, gdyż na stadion można było wejść z każdej innej strony oprócz miejsca do tego celu przeznaczonego. Płytę boiska porastała mocno zaniedbana, ale widocznie przystrzyżona trawa. Otaczało ją coś na kształt betonowej bieżni. Budynek klubowy to trwała ruina w stylu najgorszego sortu architektury sowieckiej. Wokół płyty stadionu porośnięte krzakami i rzadkim drzewostanem resztki wałów, które prawdopodobnie jeszcze kilkanaście lat temu były trybunami. Tak, teraz zrozumiałem, że samotna wyprawa to był dobry pomysł. Bo co może powiedzieć ktoś nieinteresujący się historią futbolu w reakcji na taki widok? Popukać się po głowie? Wkurzyć się i demonstracyjnie, w pośpiechu opuścić to zrujnowane miejsce? Zdecydowanie lepiej było przyjść samemu.

Hasmonea Lwów 1933JPG

Ale przecież, nie perspektywa wrażeń estetycznych przywiodła mnie w to miejsce, a historia, której świadkiem był stadion. Historia dramatyczna, tak samo jak dramatyczna jest historia Lwowa. Budowę obiektu rozpoczęto w roku 1933 po tym jak umyślnie podpalony spłonął pierwszy stadion Hasmonei. Klub po roku 1928 spadł z Ligi i najwyższa wtedy klasa rozgrywkowa nigdy na nim nie zagościła. Wybuch wojny zastał Lwowian w lidze okręgowej (drugi polski poziom rozgrywkowy). Nie udało mi się z całą pewnością stwierdzić, co działo się ze stadionem podczas pierwszej okupacji sowieckiej. Nie uzyskałem też pewnej odpowiedzi na pytanie czy po wkroczeniu Niemców do Lwowa obiekt został włączony do utworzonego w 1941 roku obozu pracy przymusowej, później przekształconego w obóz koncentracyjny. Nawet, jeśli nie był jego częścią, to położenie w bezpośrednim sąsiedztwie obozu i getta musiało w pewnym stopniu zdecydować o rozegraniu właśnie na nim meczu piłkarskiego między strażnikami i więźniami.

O tak zwanym „meczu śmierci” rozegranym w Kijowie słyszał każdy interesujący się drugą wojną światową. Powstały filmy, pisano książki, sława bohaterskiej drużyny Start obiegła cały świat. Prawda jednak jest taka, że wydarzenia z tym meczem związane to w dużej części nie fakty historyczne, a produkt sprawnej sowieckiej maszyny propagandowej. Opowieści o prześladowaniach uczestników, groźbach i rozstrzelaniach z powodu zwycięstwa Ukraińców można raczej traktować, jako „czerwoną legendę” niż źródło wiarygodnej informacji. Prawdziwych „meczów śmierci” rozegrano, co najmniej kilka. Bo czy na to określenie nie zasługuje na przykład, mecz opisany przez Borowskiego w opowiadaniu „Ludzie, którzy szli”?

ZYGMUNT STEUERMANNW pełni tym tragicznym mianem możemy nazwać spotkanie, które miało miejsce na stadionie Hasmonei. W listopadzie 1941 roku Niemcy postanowili zorganizować mecz między strażnikami obozu janowskiego a więźniami. Co nimi kierowało? Co zdecydowało o tak absurdalnej w wojennych okolicznościach decyzji? Z całą pewnością okupanci próbowali stworzyć pozory normalnego życia w getcie, aby uspokoić nieco nastroje wśród zamkniętej tam ludności żydowskiej. Realizowali też swoje nazistowskie fantasmagorie dotyczące wyższości rasy aryjskiej, co udowodnić miało starcie piłkarskie. Srogo się jednak pomylili, bo drużyna więźniów składała się w dużej części z byłych polskich ligowców i reprezentantów kraju. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny żydowskiej (z całą odpowiedzialnością za słowa mogę napisać równie dobrze polskiej) 3:1. Wszyscy zwycięzcy zawodnicy zaraz po meczu lub niedługo po nim zostali zamordowani. Symbolem tej tragicznej opowieści jest reprezentant polski i jeden z najbardziej znanych piłkarzy lwowskich Zygmunt Steuermann. Wiarygodna, lecz niestety niepotwierdzona wersja wydarzeń z listopada 1941 roku mówi, że Steuermann zdobył w meczu z hitlerowcami dwie bramki, a kilka godzin później został zastrzelony przez SS-mana na jednej z ulic lwowskiego getta. Nie wiemy czy była to kara za zwycięstwo, czy czysta chęć mordu. Pewnie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi na to pytanie. Jeszcze jeden fakt w tej historii zasługuje na uwagę. Zygmunt Steuermann przez wiele lat był zawodnikiem Hasmonei, lecz nigdy w jej barwach na stadionie przy ulicy Złotej nie zagrał. Wrócił na ostatni mecz swojego życia…

Po wojnie na krótko obiekt został oddany w zarząd jakimś służbom specjalnym (nie udało mi się dowiedzieć, jakim), by później trafić pod skrzydła stowarzyszenia Torpedo. Zrzeszał ono pracowników przemysłu samochodowego, rolniczego i lotniczego. Z informacji, które udało mi się pozyskać do roku 1990 stadion wykorzystywany był, jako miejsce rekreacji dla pracowników tego rodzaju fabryk.

Teraz mogę wrócić do miłej pani i jej gorących zapewnień na temat tego, że teraz już nic na stadionie się nie dzieje. Dopiero po kilku dniach zrozumiałem, że moja rozmówczyni skojarzyła moje polskie pochodzenie z targowiskiem, które do 2008 roku istniało na terenie stadionu. Było na tyle znanym miejscem, że Polacy tłumnie odwiedzali ulokowane tam stanowiska handlowe. Cóż, sport sportem a życie życiem. Likwidacja i przenosiny targowiska nie obyły się bez protestów kupców, które szeroko opisywane były w lwowskiej prasie. Jeszcze przed polsko-ukraińskim Euro pojawiły się plany odrestaurowania stadionu i wykorzystania go, jako bazy treningowej, jednak nic z tego nie wyszło.

Kiedy kręciłem się po wałach i płycie boiska, przechodziły obok mnie panie pchając zapamiętale wózki dziecięce, delektując się południowym spacerem. Na murawie ojciec rozgrywał z dwoma kilkuletnimi synami mecz piłkarski, bez sprecyzowanych zasad za to z ogromną dawką emocji. „Tak właśnie, w XXI wieku toczy się życie na stadionie Hasmonei Lwów” pomyślałem i spokojnym krokiem udałem się w stronę centrum miasta…

Zdjęcia w tekście: Hasmonea Lwów-połowa lat trzydziestych i Zygmunt Steuermann w barwach Hasmonei.

 

 

3 komentarze

  1. Zdjęcie wewnątrz artykułu wykonano na boisku 19 p.p. na Cytadeli.

    13 lutego 2018
    |Reply
    • Norbert Tkacz
      Norbert Tkacz

      Dziękuję serdecznie za informację

      13 lutego 2018
      |Reply
  2. Anonim
    Anonim

    Norbert, ale ja byłem tam. Ty byłeś „kompletnie na*bany cały czas. Nie rób ściemy.

    29 lipca 2018
    |Reply

Dodaj komentarz