Skip to content

Słodka radość pomyłki

Posted in Osobliwe sportu przeżywanie

Tak. To prawda. Byłem nastawiony sceptycznie. Chociaż nie. Źle to napisałem. Byłem w doskonale prześmiewczym nastroju. Wyzuty z czystych jak płomień ogniska emocji, poddałem się brudnej fali sarkazmu. Nie oczekiwałem nic, bo wszelkie znaki na ziemi i w niebiesiech tylko nicość wieszczyły. To dla mnie dziwna odmiana, bo zwykle, kiedy występuje polska drużyna przeciwko obcokrajowcom, nerw gra jak orkiestra dęta. Na całego i z przytupem. Tym razem jednak, w mej głowie panowała śmiertelna pustka emocjonalna.

Dla tych, którzy się nie domyślają wyjaśniam, że opisuje swój stan z środy, godziny miej więcej 20.30. Wcześniej pół dnia, wraz z kolegami z pracy okrutnie i bez litości kpiliśmy, śmialiśmy się, robiliśmy niestosowne uwagi w kierunku Legii Warszawa, która miała się zmierzyć z potężnym jak Golem praski Realem Madryt.

Wygodnie się położyłem na mojej nowej sofie i bez cienia jakichkolwiek emocji zabrałem się za oglądanie tego pojedynku. Jeszcze przed rozpoczęciem meczu usłyszałem od jednego z ekspertów, że Legia i Real to takie drużyny, które stworzone są do zwycięstw w każdym meczu. Hmm, zmarszczyłem brew i wzrok mój powędrował na mówiącego te słowa, a w zasadzie na część stolika przed nim. Starałem się wypatrzyć, co oni w tym studio piją lub palą. Efekt rekonesansu był mizerny, więc postanowiłem skierować korespondencyjną drogą, prośbę o przesłanie mi nazwy owego specyfiku, bo o egzemplarz testowy nie miałem śmiałości się upominać.

Nim kolega zdążył otworzyć puszkę z piwem, o czym poinformował mnie przez Internet, Gareth Bale zasadził bombę nie z tej ziemi i jeszcze przed upływem pierwszych 60 sekund Real wyszedł na prowadzenie. No, myślę, zaczyna się zgodnie z planem. Kolejna kompromitacja, kolejne tępe oglądanie legijnych ludzików bez składu i ładu biegających po ekranie telewizora. Takie życie. Niełatwe i jak zawsze pod górę.

na-bloga2

Jednak coś nie dawało mi spokoju, bo przecież Real nie objeżdżał Polaków w swym galaktycznym tańcu. Nie prasował prasowalnicą, nie tłukł jak dywanu trzepaczką. Coś było nie tak jak być powinno. Kiedy Bezema sieknął drugą bramkę wydawało się, że to tylko złudzenie…Pięć minut później moja pewność w nieuchronną wysoką klęskę Legii zachwiała się jak pijak po dziesiątej kolejce wódki. Któryś z komentatorów zaczął mówić, że z Koroną warszawianie sobie poradzili mimo straty dwóch bramek. Byłem nadal pewny, że oni coś tam, w tej telewizji zażywają ciekawego. Ale zaraz Radovic, ale zaraz Legia gra normalnie w piłkę. Nie wykopują futbolówki bez sensu tylko budują akcję. Utrzymują się przy piłce, jeden kontakt i jedziemy pod bramkę Realu…Wstałem z sofy i w nieprzytomnym geście sięgnąłem po paczkę papierosów. Tak, to powinno mnie sprowadzić do właściwej rzeczywistości, bo ta, w której się znalazłem jest jakaś nierealna. Prawda ekranu tym razem okazała się jednak najprawdziwsza ze wszystkich prawd, które w tym wąskim przedziale czasowo-meczowym występowały. Legia nie dość, że nie leżała jak żuczek na pleckach to jeszcze raczej jak pies, który chwycił kość szarpała i gryzła. Nic Realowi nie dawało, że boski Krystyna jak nakręcony zaczął machać łapkami i robić miny nie z tej ziemi. Może nawet łezkę ze złości uronił…Kiedy pod koniec padła trzecia bramka dla Warszawian, Chesterfieldy wypadły mi z ręki i zacząłem sprawdzać czy to ja, a nie telewizyjni redaktorzy nie mam czegoś w pitej aktualnie Coli. Przyznam, że mojego stanu przedziwnego osłupienia połączonego z niedowierzaniem nie zmąciła nawet wyrównująca bramka Realu. Kiedy zabrzmiał gwizdek kończący mecz z przeciągłym sapnięciem usiadłem i chwyciłem się za głowę. Jest ze mną chyba niedobrze. Chyba przestałem wierzyć w niespodziewane, prawie romantyczne historie piłkarskie. Chyba pochopnie dałem się wciągnąć wirowi sztucznej, bez emocjonalnej, profesjonalnie zabijającej wszelkie uczucia maszynie Ligi Mistrzów. Przecież tam nie ma miejsca dla małego, który tłucze dużego. Kasa musi się zgadzać, więc, po jakiego czorta tracić cenne zasoby grając z taką Legią czy Łudogorcem? Godnymi naszych nóg i głów są tylko miliarderzy. Zróbmy sobie dobrze i popykajmy w Superlidze z Barceloną czy Manchesterem. Tak w kółko Macieju, a plankton niech łyka produkt…

Dzięki Ci Legio. Nie tylko za dobry mecz, ale też za to, że spektakularnie kopnęłaś w dupę bezdusznych piłkarskich biznesmenów. Wiem, że też chciałabyś należeć do tego klubu bogaczy, ale póki co możesz być moją mentalną nogą sprawiedliwości…

Ocknąłem się z chwilowego letargu, wyprostowałem plecy i przeświadczony o tym, że Bale jest śmiertelnie podobny do Hellboya (właśnie udzielał wywiadu) wyłączyłem telewizor.

 

P.S Na koniec trochę muzyki…

 

One Comment

  1. Anonim
    Anonim

    A więc masz nową sofę…

    4 listopada 2016
    |Reply

Dodaj komentarz