Skip to content

Skromna jestem… Jeden tytuł mistrzyni świata mi wystarczy. Joanna Ciszewska

Posted in Ludzie, and Wywiad

Dlaczego dyscyplina sportu którą Pani uprawia , a co za tym idzie również  sukces (mistrzostwo świata)  w mediach praktycznie  nie  istnieje ?

Jeśli chodzi o mnie, jest to kwestia decyzji ale teź i trochę moja wina. Ja się nie chciałam zobowiązywać, chciałam przygotowywać się tylko do dużych startów i tylko w 12 i 24 godzinnych wyścigach. W takiej sytuacji zakłada się dwa starty rocznie. W Polsce ten rodzaj wyścigu cross country jest niszowy, na zachodzie sytuacja  wygląda inaczej. Podczas wyścigu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata startowało 10 tysięcy zawodników. Decydując się na to, że startuję jak chcę, z kim chcę i gdzie chcę wybrałam dużą niezależność . Mamy z moim partnerem z zespołu taką politykę, że współpraca komercyjna z nami jest praktycznie niemożliwa. Zdecydowaliśmy się na pójście tą drogą, aby ktoś w polskich mediach, na polskiej scenie sportowej, w polskiej blogosferze rzeczywiście był w stu procentach niezależny.

 

Jest pani córką legendarnego Jana Ciszewskiego. Pomogło to Pani w karierze zawodniczej ?

 Ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Nigdy tego nie potrafiłam rozgryźć . Nigdy nie wykorzystywałam tego, że mam znane nazwisko. Może to nawet błąd. Wiele osób na moim miejscu zrobiłoby to w każdej możliwej sytuacji. Ja nie potrafiłam tego zrobić więc nie wiem czy  pomogło by mi to czy nie.

 

Rozumiem że jakaś inspiracja do uprawiania sportu była dziełem Pani taty ? Choć pewnie za głowę by się złapał gdyby zobaczył jak z szaleństwem w oczach mknie Pani z jakiejś stromej góry 😉 ?

 Myślę że by się nie złapał 🙂 Tak naprawdę ciężko mi ocenić czy jest to moja „autorska” pasja, czy zamiłowanie które mam po ojcu. Zupełnie naturalnie znalazłam się w sporcie. W szkole podstawowej nie byłam jakoś szczególnie tą dziedziną zainteresowana. To przyszło później, jak miałam trzynaście, czternaście lat. Najpierw były konie. Trenowałam jeździectwo, startowałam w zawodach. Później pojawiło się kolarstwo. Uprawiałam jedno i drugie naraz. No ale w końcu zawsze trzeba podjąć decyzję. Ja wybrałam kolarstwo.

 

Od początku to było kolarstwo „ekstremalne” ?

Kiedy byłam małą dziewczynką  (duży rower i mała ja) ku rozpaczy mojej mamy szukałam trudnych ścieżek. Ciągle miałam stłuczone kolana, rozdartą skórę. Oczywiście nie było to mile widziane w domu. Mama się martwiła, więc przerabiałam po cichu w garażu swój rower, żeby się udać na przygodę. Dopiero później się to przerodziło w rywalizację sportową. Trochę niefortunnie z mojego punktu widzenia trafiłam do cross country maratonów MTB. Teraz gdybym mogła cofnąć czas i wybrać, to na pewno byłoby to coś z obszaru „grawitacji”, czyli jazdy w bardzo trudnym terenie.

 

Czy potrzebuje Pani „adrenaliny” do życia ?

 Adrenalina pojawia się (tak mi się wydaje ) kiedy pojawia się lęk, a jego nie mam. Raczej nazwałbym ten stan grą w trasę. Jesteś ty jako jeździec i jest trasa. Rywalizuje się przeciwko trasie. Wyzwaniem jest zjechanie trudnego zjazdu, sprostanie trudnemu odcinkowi. Chodzi o to aby to zrobić w dobry, techniczny sposób, w dobrym tempie. Czasami żeby w ogóle to zrobić. Czy tutaj następuje jakiś szalony strzał adrenaliny…wątpię.Jest to fajna zabawa. Nie rywalizuję też z innymi zawodnikami. Zawsze największym rywalem dla mnie, jestem ja sama i trasa.

 

Zgoda. Ale jednak kiedy już wystartowało się w mistrzostwach świata, zostało się mistrzynią świata, to jakiś moment samozadowolenia czy dumy, że to właśnie ja jestem najlepsza był ?

 Rzeczywiście był. Zwłaszcza w chwili kiedy już było wiadomo że mam przewagę i jej raczej nie stracę.Jestem dobrą zawodniczką, drugie, trzecie, czwarte miejsce to tak. W ogóle nie liczyłam się z tym że wygram. Jasne oprócz radości, mija się linię mety, cała ekipa jest ze mną, dekoracja a moja pierwsza myśl kiedy emocje opadły, to co ja teraz będę robić ? Przecież nie można osiągnąć już nic więcej.

 

Chcielibyśmy zapytać o trening. Mówiła Pani że startuje się w zawodach dwa razy w roku, a obciążenia treningowe są porównywalne z tym co robi Justyna Kowalczyk.

Tak. Chodzi o specyfikę dyscypliny. Mówi się że powrót do formy zawodnika po obciążającym starcie w wyścigu 24 h solo trwa nawet do roku. W przypadku innych dyscyplin czas regeneracji jest znacznie krótszy. Mogę to potwierdzić na podstawie obserwacji własnych dzienników treningowych. Rok treningowy bez żadnych startów składa się u mnie z 800 godzin, teraz po mistrzostwach będzie to tylko 700 godzin. Podobnie było w roku kiedy się kwalifikowałam się do mistrzostw.

 

Teraz pytanie o sam wyścig. Jedzie Pani na rowerze dwanaście godzin, co się wtedy myśli ? Co się dzieje w głowie ?

 Wyścig odbywa się jak każdy w cross country po dziesięciokilometrowych rundach. Jest około stu pięćdziesięciu metrów przewyższeń z różnymi sekcjami technicznymi. Startuje kilka setek zawodników równocześnie. Z tego powodu trasa, z każdym okrążeniem się zmienia. Podczas okrążenia dziesiątego najlepiej będzie pojechać linią taką, a podczas dwunastego inną. Zawodnik zastanawia się cały czas na bieżąco którą drogę wybrać i jak się zmienia trasa. Co około 20-30 minut przejeżdża się obok swojego boksu startowego, gdzie czeka ekipa. Są tam: analityk, szef ekipy i mechanik. Oni towarzyszą zawodnikowi w wyścigu. Analityk podaje informacje o czasach przejazdu, mechanik dba o serwis. Jest to niezbędne kiedy ściga się o czołowe lokaty, bo wtedy jedzie się non stop.

 

Trochę jak w Formule Jeden.

 Tak, dokładnie. Kiedy mija się boks serwisowy zawodnik jest obskakiwany z każdej strony. Mechanik mówi „za dwie rundy łańcuch”, analityk „czterdzieści sekund przewagi”, w tym samym czasie żywieniowiec pcha człowiekowi do buzi to co akurat musi zjeść. Wszystko to odbywa się podczas jazdy. Obsługa zawodnika dozwolona jest tylko w boksie serwisowym więc wszystko musi się odbywać podczas przejazdu.

 

Czyli nie ma czasu żeby myśli gdzieś pobłądziły ? Żeby się wyłączyć ?

 Zależy od momentu. Szczególnie podczas wyścigu 24h pojawiają się bardzo poważne kryzysy. Zwłaszcza w nocy. Mówi się że takie zawody wygrywa się właśnie nocą. Kto walczy o czołowe lokaty, nie śpi. Faktycznie przez 24h jest się cały czas w drodze. Nie ma przerw do toalety, wszystko odbywa się na rowerze, w ruchu. Na przykład podczas mistrzostw świata mój całkowity czas ruchu to 11 godzin i 56 minut. Czyli na 12 godzin tylko 4 minuty stał licznik. Ten „postój” to było serwisowanie roweru (fatalne warunki pogodowe) i upadki, które się zdarzają na trasie. Jest się cały czas na „gazie”.

Żeby to wszystko „poczuć” polecam film „Twenty four uhres solo” o sześciokrotnym mistrzu świata w 24h solo. Pokazane tam są zawody kiedy przegrywa siódmy tytuł z Australijczykiem, który doprowadza się do takiego stanu objeżdżając go, że po przejechaniu lini mety trafia bezpośrednio do szpitala, ze względu na ogromne wycieczenie organizmu.

Przepytywali: Norbert Tkacz i Daniel Karaś

Be First to Comment

Dodaj komentarz