Skip to content

Pamiętnik znaleziony pod trybuną: Męki z Litwą.

Posted in Osobliwe sportu przeżywanie, and Pamiętnik znaleziony pod trybuną

No to żem się wybrał. Podjechałem tramwajem, przespacerowałem się i już byłem pod stadionem Wisły. Tłumy ciągnęły ze wszystkich stron jak mróweczki wracające do swojego kopca. Elegancko wszyscy pomalowani, barwy narodowe na rękach, szyjach i na czym się tam jeszcze dało. Koszulki piłkarskie, siatkarskie i ręczne. Nie ma, co się do tego przypieprzać wszak też biało-czerwone. Wnerwiają mnie tylko idiotyczne, będące esencją „Januszowości”, różnego rodzaju nakrycia głowy. Jakieś czapki pseudo wikingów z rogami, kapelusze celtyckich elfów i wreszcie najbardziej tandetne, makabryczne w swej formie kapelusiki wędkarskie. Tych jest najwięcej. Noszą je starzy i młodzi. Kobiety i mężczyźni. Normalnie kurwa naród wędkarzy. Co ci ludzie mają w głowach? Jaka myśl przyświeca im, kiedy uskuteczniają takie anturaże? Że co? Na mecz idą czy na połowy karpia?

Stoję pod bramami i czekam na znajomych, z którymi mam mecz obejrzeć. Przyznam, że sytuacja robi się powoli dla mnie niestrawna, bo obok rzeszy wędkarzy, pojawiają się uwielbiane przeze mnie zabawy mające…Hmmm. Właśnie. Co mające? Po jakiego grzyba jeździ koło stadionu piętrowy autobus, na którym wdzięczą się, trzeba przyznać piękne dziewczyny, a jakiś kretyn z mikrofonem drze japę w rytm bitów techniawy? Jaki ma to cel? Dla mnie to mistyczna tajemnica.

Nieco dalej widzę jak ludzie ustawiają się w kolejce do bramki, w której znajdują się dziury. Klient ma trafić w którąś z nich i wygrywa nagrodę. To jest nawet fajne, dopóki nie patrzę na nagrody. Oto ten i ów wędkarski zwycięzca otrzymuje szalik i wielką debilną łapę na rękę. Ludzie czy wy naprawdę na mecz reprezentacji chcecie zabierać gadżety z wielkim napisem cinkciarz? Poważnie?

Ocieram pot z czoła i coraz bardziej chcę wejść na stadion, aby zmyć z siebie pył tandetnej rewii rozgrywającej się wokół mnie.

Wreszcie nadchodzą moi współoglądacze z którymi mam pożegnać reprezentację. W drodze do naszego wejścia mijamy jeszcze jakiegoś faceta, drącego się przez mikrofon: Zróbcie se fotkę z laseczkami ze sceny, a samochód luksusowy wygracie! Gość tak się rolą przejmuje, że chyba zaraz padaczki dostanie. A kij mu w zad. Ja najszybciej jak mogę opuszczam tę urokliwą lokalizację i wchodzę na stadion.

Ech…Trzydzieści trzy tysiące „Januszy” naprawdę robi wrażenie. Słońce pięknie oświetla upleciony przez widzów na trybunach biało-czerwony dywan. Nagle bum, bum i Litwini prawie gola strzelili. Spokojnie, myślę, to tylko przypadek. Za chwilę ruszą nasze hufce, by z fantazją i szaleństwem konstruować akcje zaczepne. Siadam wygodnie, choć nie na swoim miejscu (są tacy, którzy uważają to za skandaliczne przekroczenie regulaminu stadionowego). Wlepiam wzrok w murawę i czekam na husarię skrzydlatą, czołgi Maczka czy wojów Chrobrego. Czekam, czekam i…Nic. Nikt z tego bohaterskiego grona nie pojawia się w swej piłkarskiej formie na boisku. Nikt nie szturmuje litewskiej bramki, kąsając bramkarza cudnymi strzałami. Piłka nie wbija się w obronę przeciwników jak kula armatnia wywalona z osmalonej lufy działa. Wszyscy szarpią. Szarpią grę jak pies szmatę, której nie ma szans rozerwać, bo szczęki za słabe i żuchwa może z chrzęstem pęknąć. Tak się ten wózek toczy do przerwy. Piwa bym się napił w takim układzie, ale latka na karku swoje mam i jeszcze odczuwam trudy zabaw sobotnio-niedzielnych, więc przyjemność tę wspaniałą zostawiam koledze, który tak jak i ja lekko zdegustowany się wydaje. Ludziska skończyli migracje, kiełbasę całą wykupili i już druga część meczu mogła zostać odgwizdana. Patrzę na to, co się dzieje na murawie, a siedzący na ramieniu duszek mówi mi: Kolego drogi, to tylko mecz towarzyski, zaraz do Francji jedziemy, niech nikt sobie krzywdy nie zrobi, a wszystko będzie dobrze. Jednak w tym samym momencie pojawia się drugi, złośliwszy i szepcze: Tak oni grają? Z akcji bramki, jakimś tam Litwinom nie potrafią strzelić? Przecież to makabra. Za tydzień Irlandczycy z Ulsteru zrobią z nas kotleciki siekane. Co to do cholery jest? Boli mnie głowa, bo komu uwierzyć?

Pojawiły się w końcu jakieś słupki, coś się pod bramką Litwinów zakotłowało od czasu do czasu, lecz efekt lipny nad wyraz, bo bramy, jak nie było na początku tak i nie było na końcu. Głupi nie jestem, widzę Kapustkę na obronie, widzę oszczędzającego się Krychowiaka i nie widzę Lewego. Tak, to szachy, zasłona dymna trenera Nawałki, przekonuję sam siebie. Oby tak właśnie było, oby…

Patrzę po widzach i czuję taki sam strach jak mój. Nawet śpiewy słabo się niosą. Nie ma nic gorszego niż irytacja przyprawiona rodzącą się obawą. Takiego koktajlu to ja pić nie chcę.

Dziwię się też tym, którzy karnego dla Polski się domagają z wrzaskiem komentując decyzję sędziego. Czy naprawdę o to chodzi, żebyśmy wygrali 1: 0 po bramce z rzutu karnego? Nie ogarniacie tej konkretnej sytuacji? W głowie coś nie trybi? Tu trzeba było trzy, cztery bramki strzelić, żeby postraszyć Irlandoli, żeby im szczęka do podłogi opadła. Choć może nie. Jeśli Nawałka wymyślił, że zamydli im oczy fałszywym obrazem naszej drużyny i to wypali, to normalnie jest geniuszem. Jeśli będzie inaczej…Będzie jak zwykle…

Gra taka se, ale godnie pożegnać kadrę trzeba. Stoję, więc i czekam, kiedy publika podniesie nieco na duchu Polaków. A tu lipa. Chwilę pogwizdali ci, niezadowoleni z wyniku bezbramkowego, a cała rzesza piłkarskich „Januszy” szybciutko zwinęła się z trybun. O co tym ludziom chodzi? Pierwszy raz na meczu są, czy jak? Gdzie ten słynny polski doping? Przy budce z karczkiem?

Machnąłem ręką, zabrałem zabawki i popłynąłem wędkarską rzeką do wyjścia ze stadionu…

Be First to Comment

Dodaj komentarz