Skip to content

Na zdrowie Panie Trenerze!

Posted in Recenzje

Spojrzałem na półkę. Zmarszczyłem czoło, co niechybnie wskazywało na początek żmudnego procesu myślowego i z pewną niepewnością, może nawet z wahaniem, chwyciłem w rękę książkę pt. Życiowy tie-break.

Rozejrzałem się ostrożnie po mieszkaniu, bo nagle coś się prawie nieuchwytnie zmieniło. Wciągnąłem powietrze i poczułem zapach dymu tytoniowego, połączonego z nielubianą przez mnie whiskey. Holender, pomyślałem, kto o 10 rano taki zestaw ładuje w swe wnętrzności. Jakiż to świr, w taki sposób zaczyna dzionek? Albo zblazowana gwiazda rocka, albo emerytowany superbohater zawodowego sportu, albo gruby, wypełniający szczelnie swym cielskiem dwurzędowy garnitur biznesmen. Takie persony typowałem, ale mieszkanie moje nieduże, dwupokojowe łatwe było do ogarnięcia wzrokiem i choć zrobiłem to dokładnie, obecności grubego kapitalisty, ani sportowca, nie mówiąc już o gwieździe rocka, nie stwierdziłem.

Cóż to za dziwy, pomyślałem, wachlując się książką. Fakt bezsporny, jednocześnie niepokojąco parapsychologiczny, bo na zdrowy rozum (choć o tę przypadłość swojej mózgownicy nie podejrzewam) kto w mieszkaniu jara papierochy podlewając się destylatem, skoro tylko ja jestem fizycznie w nim obecny? I kiedy raz po raz, wskutek wachlowania przelatywała przed mą twarzą okładka książki coś mnie olśniło. Radość z rozwikłanej zagadki spłynęła na mnie jak płynne srebro do gardzieli torturowanego skazańca. Jasny szlag! Przecież to kopcił ten typ z okładki! Nurzał się w oparach dymu jak wodnik w krystalicznie czystym, górskim stawie. Obok niego nie stała żadna butelczyna z wódą na myszach zwaną whiskey, ale jestem pewny, że kiedy odwracałem od niego wzrok, koleś sięgał pod stół i haratał trunek.

Ach ty skurczybyku, przecież nie mogę pozwolić na taki brak gościnności. Co ty sobie wyobrażasz? Że będziesz pił sam będąc u mnie z wizytą? Niedoczekanie twoje, to zastraszająco nie po Polsku. Sięgnąłem więc po swoje skromne zapasy, nalałem wódeczki czystej (w końcu każdy degustuje to co lubi) i odpaliłem węgierskiego papierosa. Nu, tera mogę czytać nie oglądając się na okoliczności, pomyślałem. Tera mogę być godnym towarzyszem perypetii życiowych Andrzeja Niemczyka…

Niemczyków słynących z tego lub owego w Rzeczypospolitej było wielu. Był (jest) słynny morderca mafijny Niemczyk, był niezwykły aktor-kobieciarz Niemczyk, nawet trafił się słynny na całą Sobótkę regenerator pomp wtryskowych Niemczyk. Jednak książka, przez którą przebiegłem jak łasica przez ulicę nie traktowała o żadnym z nich. Ja słuchałem opowieści faceta, o którym napisać, że był wybitnym trenerem siatkarskim to tak jakby powiedzieć, że ołtarz Wita Stwosza jest piękny. Niby prawda, ale w cholerę mało tej prawdy.

Wcześniej wspomniałem, że przemknąłem przez tę książkę błyskawicznie. Tak to prawda, bo choć czasami wydawało mi się, że Pan trener za mało mówi o tym czy innym temacie, że nie otwiera, a tylko uchyla drzwi w różnych sprawach, coś spłyca, coś omija, to i tak czyta się to doskonale. Ależ szczęśliwe spotkanie dwóch panów piszących tę książkę. Ależ Andrzej Niemczyk i Marek Bobakowski sieknęli kawałek literatury sportowej.
Są w tej książce opowieści o „Złotkach”, są przygody z Turcji i Niemiec, są opisane okoliczności pożegnania się z kadrą, jest dużo o bujnym życiu osobistym i pieprzonym raku.

Więc może po prostu się gnuśnie czepiam, oczekując więcej i więcej informacji. Wy przyszli czytelnicy nie wahajcie się sięgnąć po „Życiowy tie-break”, tylko pamiętajcie, przygotować się trzeba do tej czynności solidnie. Napełnijcie szklanki i pijcie zdrowie pamięci Andrzeja Niemczyka, bo on jak mało kto blagi nie znosił…

Be First to Comment

Dodaj komentarz