Skip to content

Jeno Buzanszky: ludzie myśleli, że sprzedaliśmy finał mistrzostw świata

Posted in Historia, Ludzie, and Wywiad

Jeno Buzanszky – prawy obrońca legendarnej węgierskiej, „złotej jedenastki”. Zmarł w 2015 r., a pięć lat temu odwiedziliśmy go w 12-tysięcznym Dorogu niedaleko Budapesztu gdzie mieszkał w białym parterowym domku z ogródkiem. Opowiedział nam o kulisach „złotej jedenastki”.

Skąd wzięła się u pana pasja do futbolu?

Zawsze mówię, że prawdziwy piłkarz zaczyna kopać już w brzuchu matki. Urodziłem się w 1925 r. często dodaje – przed Chrystusem. Wtedy dla młodych ludzi były tylko dwie możliwości: piłka nożna lub lekkoatletyka. Ja miałem to szczęście, że chodziłem do katolickiego gimnazjum Esetrhaziego. Rodzina Esterhazych była wówczas najbogatsza na Węgrzech. W Dombovarze, gdzie się urodziłem, to właśnie oni wybudowali szkołę razem z boiskiem do piłki nożnej, torem do biegów i salą gimnastyczną. Dzięki temu w jednym budynku mogłem się uczyć i trenować. Po latach widzę, że to mi bardzo pomogło. Kiedy skończyłem szkolę, nie było jeszcze zawodowstwa w sporcie, więc człowiek musiał umieć się odnaleźć.

Czy od dziecka pana ulubionym zajęciem była piłka nożna?

Oczywiście, jakby inaczej. Futbol był w moim życiu od zawsze. Zaczynałem grać szmacianką. Dzisiaj jest to nie do wyobrażenia dla młodych. Do dużej rajstopy wciskaliśmy inne zużyte, związaliśmy mocno i mieliśmy piłkę. W wieku 12 lat dostałem się do drużyny kolejowej z Dombovaru. Nie do dorosłej, tylko do samego klubu. Rok później zacząłem tam swoją karierę. Dodatkowo całymi popołudniami graliśmy w piłkę na otwartych placach. Na drugi dzień wstawałem o godz. 5:00 i uczyłem się, żeby pod tym względem również być w porządku. W gimnazjum miałem trzech kolegów, którzy uwielbiali biegać. Tor był na miejscu. Od 15 marca (na Węgrzech jest to święto narodowe) już wszyscy chodziliśmy w krótkich spodenkach. Nauka zajmowała sześć dni w tygodniu, z tego przez pięć dni mieliśmy WF. Trampki nosiliśmy zawsze ze sobą. Jeszcze zanim rozpoczęły się lekcje – przed godz. 8:00 biegaliśmy. Zaliczaliśmy 3-4 razy po 100 metrów. Później dzięki temu w „złotej jedenastce” byłem najszybszy. Zawsze powtarzam, że w futbolu piłkę ma ten, ko pierwszy do niej dobiegnie. Musisz być szybszy od innych.

Jak wyglądała pańska kariera sportowa zanim nastał czas „złotej jedenastki”?

Z Dombovaru, o którym już wspominałem przeszedłem do Pecsu. Potem mój trener z Pecsu przeszedł do Dorogu, i wziął mnie ze sobą. Dombovar grał w trzeciej lidze, Pecs w drugiej a Dorog w pierwszej. Wtedy występowałem jeszcze na pozycji napastnika. Kiedy przyszedłem do Dorogu, wiosną 1947 r. podczas połowy sezonu strzeliłem dziesięć goli w pierwszej lidze. Grałem obiema nogami, byłem szybki i skuteczny. W 1949 r. trener uznał, że nasi obrońcy są za starzy i cofnął mnie do defensywy. Z trenerem się nie dyskutuje. Co prawda strzelanie goli to najfajniejsza rzecz na świecie, ale jeżeli bym się wtedy buntował, to byśmy tu dzisiaj nie rozmawiali. W 1950 r. pojechaliśmy z reprezentacją górniczych związków zawodowych do Albanii i wygraliśmy tam mecz. Obserwował go trener z Węgierskiego Związku Piłki Nożnej. Powiedział, że byłem najlepszy na boisku (grałem w obronie) i zarekomenduje mnie Gustavowi Sebesowi, który był trenerem kadry narodowej.

Pamięta pan swój debiut w reprezentacji?

Mój pierwszy mecz odbył się w Bułgarii. W wyjściowej jedenastce na prawej obronie był wystawiony Kovacs II ale pól godziny przed meczem zostałem wezwany do szatni i trener Sebesz oznajmił mi: – To jednak ty zagrasz, mam nadzieje że słuchałeś mnie uważnie na odprawie bo to co mówiłem do Kovacsa tyczy się ciebie. Ubrałem koszulkę z dwójką – i jak to często powtarzam – spałem w niej przez sześć lat, żeby nikt mi jej nie ukradł. Mecz skończył się wynikiem 2-2. Wracając pociągiem do domu Sebes zawołał mnie do siebie. Powiedział, że był zadowolony z mojej gry i jeżeli będę dalej tak dobrze się sprawował i grał w piłkę to wyjadę na olimpiadę w Helsinkach. Odpowiedziałem, że nie ma takiej rzeczy, której bym nie zrobił by wyjechać, jeżeli trzeba będę się nawet czołgać po błocie.

Złoto w Helsinkach to pierwszy duży sukces węgierskiego futbolu.

Zgadza się. Wyjechałem, zostałem mistrzem olimpijskim i dostałem buziaka od miss universe. Finka wygrała wówczas wybory miss w Stanach. Pozwolili jej wręczyć komuś wieniec laurowy. Zawsze powtarzam, że to nie tylko ładna, ale i mądra kobieta była, bo mogła wybrać atletę i dostać jednego buziaka, a wybrała nas i dostała jedenaście. Po igrzyskach zaczęła stabilizacja w mojej karierze. Podkreślam, byłem jedynym zawodnikiem w „złotej jedenastce” z poza stolicy.

Co było potem?

Mecz stulecia – Anglicy to wymyślili. Ich federacja zaprosiła nas na Wembley, na swój jubileusz. Oni przez 90 lat byli niepokonani na swoim terenie. My z kolei mieliśmy serię bez porażki od 1950 roku. Ten mecz miał zadecydować kto jest najlepszy na świecie. Ciekawe jest to, że przed spotkaniem z Anglikami graliśmy w domu ze Szwecją. Wymęczyliśmy remis 2-2 – jedyny raz, kiedy nas wygwizdano. Ten mecz obserwował selekcjoner Anglików – Walter Winterbottom. Szwedzki szkoleniowiec powiedział po spotkaniu, że Węgrów nie trzeba się obawiać i Anglicy wygrają 2-3 golami. Wyspiarze uwierzyli w to i dostali szóstkę. Zwyciężyliśmy 6:3. W maju 1954 roku zagraliśmy rewanż w Budapeszcie i ponownie wygraliśmy. Tym razem 7:1. Mówiło się wtedy, że przyjechali na siedem dni by dostać siedem goli.

Czy to prawda, że  drużyna dostała duże premie po meczu z Anglikami w Budapeszcie?

Wielkość tych pieniędzy jest pojęciem względnym. Pewne jest to, że zostały one podzielone nierówno. Wywoływało to różnego rodzaju spięcia w drużynie. Przy podziale brano pod uwagę czy ma się rodzinę. Na przykład Sandor Kocsis, który nie miał żony dostał mniej od mnie żonatego, a był lepszym piłkarzem. Za wygraną z Anglikami (6-3) dostaliśmy 10 tys. forintów. Była to prawie roczna średnia pensja na Węgrzech. Jak reprezentacja wyjeżdżała za granicę na mecz towarzyski to inkasowała 20 tys. dolarów plus refundację kosztów. Po wygranych meczach dostawaliśmy 3 tys. forintów, ale trzeba pamiętać, że wtedy stadiony były pełne. Ludzie chcieli nas oglądać. Nikt do meczów nie dopłacał, każdemu się opłaciło zaprosić węgierską reprezentację. Pamiętam jak pewnego razu dostaliśmy zaproszenie na trzy mecze towarzyskie w Turcji. Turcy mieli złożyć depozyt w wysokości 75 tys. dolarów w ambasadzie węgierskiej w swoim kraju. Kiedy okazało się, że pieniędzy nie ma Sebes kazał nam rozjechać się do domów. Wtedy zadzwonił prezydent Turcji i powiedział, że gwarantuje, iż pieniądze będą czekać na miejscu. Specjalny samolot podstawiony w Wiedniu czekał na nas cztery godziny żebyśmy ponownie mogli zebrać drużynę. Jeżeli chodzi o drużyny klubowe to premie były zawsze takie same niezależnie od klubu, w jakim się grało. Przykładowo w Dorogu i Honvedzie piłkarze za wygrany mecz otrzymywali takie same kwoty. Honved zarobił więcej, bo wygrywał więcej meczy.

Czy po meczach z Anglikami przyszła świadomość, że możecie pokonać każdego?

Nie. Naszym celem zawsze było strzelenie jednego gola więcej od przeciwnika, akurat tyle, ile było potrzebne do zwyciestwa. Nie mieliśmy innej świadomości. Hidekuti wbił gola Anglikom już w 45 sekundzie a Szwedom na olimpiadzie strzeliliśmy w 25 sek. Pozycja cofniętego napastnika zapewniała nam dobry początek. Zanim przeciwnik zorientował się w naszym ustawieniu, to my już na ogół prowadziliśmy jednym golem. Dawało nam to poczucie komfortu, bo rywale musieli strzelić dwa gole, aby wygrać mecz. Atakowaliśmy pięcioma napastnikami, co dzisiaj jest nie do wyobrażenia w piłce nożnej. Nie wygrywaliśmy meczów defensywą tylko ofensywą.

Reprezentacja Węgier wygrywała swoje mecze przewagą kilku goli. Jaka była tajemnica tego fenomenu?

Wtedy w europejskim futbolu dominowała formacja WM. My też tak graliśmy. Jednak po olimpiadzie odwróciliśmy system. Nandor Hidekuti został cofnięty ze szpicy do tyłu i z przodu postawało czterech napastników. Pierwszy raz wypróbowaliśmy to ustawienie w meczu ze Szwajcarią tuż po igrzyskach. W ataku grał wtedy inny środkowy napastnik – Peter Palotas z MTK. Przegrywaliśmy 2-0. Sebes ściągnął Palotasa. Wszedł Hidekuti i wygraliśmy 4-2. Na taką zmianę przeciwnicy po prostu nie byli przygotowani. Z Honvedu było siedmiu piłkarzy, przez co dobrze się rozumieli. Z MTK było trzech reprezentantów oraz ja – mikołaj z prowincji.

Jakie były atuty złotej jedenastki?

Nasza drużyna była bardzo wyrównana. Nie tylko napastnicy byli niebezpieczni przed bramką przeciwnika, ale mieliśmy również solidną obronę. Chociażby Gyulę Grosicsa w bramce. Przed każdym spotkaniem w szatniach obu drużyn odbywa się odprawa taktyczna. Potem dwie koncepcje spotykają się na boisku i ma się 15 minut, żeby rozszyfrować, czego chce przeciwnik. Trenerzy dzisiaj często gwiżdżą i gestykulują przy linii, szczególnie, kiedy kamera zwrócona jest w ich stronę – zupełnie jak Rommel na pustyni. Tracą szacunek. Główna rola należy do kapitana. Wtedy kapitanem był zawsze najlepszy zawodnik. Dzisiaj ten, kto postawi dwie kolejki więcej, co nie znaczy, że umie pokierować drużyną. Kapitan nie tylko musi dobrze grać, ale też dużo gadać. Jeżeli po 15 minutach widzieliśmy, że przeciwnik ma mocniejszą prawą stronę, przesuwaliśmy tam blok obronny. Poza tym ustawialiśmy się w poprzek na boisku przy obronie, tak żeby zawsze asekurować drugiego, w wypadku, jeżeli przeciwnik by go ograł. Jeżeli się okazało, że rywal ma słabszą lewą obronę to tam skupialiśmy ataki. W piłkę gra się głową a kopie nogą. Musisz myśleć.

Jak pan wspomina finały Mistrzostw Świata z 1954 r.?

Początek był dobry, strzeliliśmy dziewięć goli Koreańczykom, potem z Niemcami wygraliśmy 8-3. Ponieśliśmy jednak straty w tym meczu. Ferenca Puskasa sfaulował Werner Liebrich. Trzy razu na niego polował, aż w końcu udało mu się go wyeliminować. Puskas musiał zejść, bo zmian jeszcze wtedy nie było. Kończyliśmy mecz w dziesiątkę. Potem zagrałem najbardziej brutalny mecz w swojej karierze, z Brazylią. Wygraliśmy 4-2, ale tam iskry leciały. Byli bardzo brutalni, nie było im na rękę, żeby nie wejść do półfinału. Był to dla nich ważny mecz, przecież cztery lata temu, na ich terenie triumfował Urugwaj. Następnie trafiliśmy właśnie na Urugwaj. Według mojej opinii, ten mecz nas załatwił. Było to też moje najlepsze spotkanie. Musiałem podawać z milimetrową precyzją w ogromnej ulewie. Wygraliśmy 4-2 dopiero po dogrywce, ale to zwycięstwo miało swoją cenę. Spóźniliśmy się na pociąg. Byliśmy tak wyczerpani, że nie mogliśmy ściągnąć mokrych butów – wtedy były zresztą one inne – przyklejały się do nogi. Po tym meczu zasnęliśmy dopiero około godz. piątej nad ranem. Byłem tak zmęczony, że myślałem, że łóżko się pod mną zawali. W przeciwieństwie do nas Niemcy grali łatwy mecz z Austrią i pokonali ich 6-1. Psychicznie oraz fizycznie takie spotkanie nie męczy. Byli w lepszej sytuacji. Mieliśmy dwa dni na odpoczynek.

Mecz finałowy z RFN budzi kontrowersje do dziś.

Strzeliliśmy Niemcom dwa gole w ogromnym deszczu i prowadziliśmy 2-0. Przy takiej pogodzie ich dodatkowym atutem były buty, z wykręcanymi korkami, dzięki czemu mieli lepszą przyczepność na boisku. Do przerwy było już 2-2 no i przegraliśmy ostatecznie. Przy stanie 2-3 strzeliliśmy poprawnego gola, którego sędzia uznał, ale liniowy myślał, że jest 1 maja i zaczął machać chorągiewką. Jeżeli ta bramka byłaby zaliczona to we wtorek mecz  zostałoby powtórzone a wtedy zagralibyśmy na takim samym poziomie zmęczenia jak Niemcy. Ciekawostką jest to, że nasz pierwszy mecz z RFN (w fazie grupowej) prowadził Anglik William Ling oraz liniowy Benjamin Griffiths. Ci sami sędziowie dziesięć dni później gwizdali mecz finałowy. Mieli oni w pamięci nasze wygrane z Anglikami 6-3 oraz 7-1 i pozwolili na bezkarne faulowanie Puskasa, a potem nie zaliczyli prawidłowego gola. Oglądaliśmy tę bramkę później w Niemczach i widać było, że Puskas ruszał do piłki metr za obrońcami, więc gol był poprawny. To nie do pomyślenia żeby ten sam sędzia gwizdał mecze tych samych drużyn dwa razy pod rząd w jednym turnieju. W finale przy drugiej bramce Fritz Walter złapał Grosica za szyje i dzięki temu Helmut Rahn mógł skierować piłkę do bramki. Otarła się ona jeszcze o moje nogi. Do dzisiaj 4 lipca przechodzą mnie ciarki po plecach. Sędzia powinien odgwizdać faul. Wtedy była reguła, że bramkarza nie można dotykać w obrębie pięciu metrów nawet w sposób przepisowy. Ten gol ich uskrzydlił. To wszystko spowodowało, że po 32 meczach bez porażki w końcu przegraliśmy. Potem wygraliśmy jeszcze 18 meczów z rzędu. Ja występowałem w reprezentacji do 56 roku. Ostatni mecz rozegrałem przeciwko Polakom.

Krąży pogłoska, że Niemcy w tamtym meczu byli na dopingu?

Termin doping w tamtych czasach nie istniał. Teorię, że Niemcy brali doping rozpowszechniał prof. Lipcsei. My słyszeliśmy jedynie, że znaleziono strzykawki w szatniach, ale nas to absolutnie nie interesowało. Nie możemy tłumaczyć, że przegraliśmy, ponieważ rywale byli na dopingu. Naszym zdaniem to osoba sędziego wypatrzyła wynik tego meczu. O dopingu nie było mowy. Teraz przyjaźnimy się z niemieckimi piłkarzami. W 1991 r. po zjednoczeniu Niemiec kanclerz Helmut Kohl zaprosił żyjących wówczas członków „złotej jedenastki” razem z graczami byłej reprezentacji RFN do swojej rezydencji. Wtedy po długich rozmowach rozpoczęły się nasze sportowo-przyjacielskie relacje. Do dzisiaj utrzymujemy kontakt. W tym roku byłem w Niemczech już trzy razy. Zawsze oglądamy tamten finałowy mecz do stanu 2-2. Potem wyłączamy telewizor i mówimy, że nie ma wygranego ani przegranego tylko koleżeństwo sportowe.

Jak wyglądał wasz powrót do domu?

Około północy dojechaliśmy do granicy, gdzie przywitała nas komisja partyjna. Stamtąd zawieźli nas do ośrodka treningowego w Tata. Spotkała się z nami największa partyjna szycha – Matyas Rakosi. Tak jakby chciał nam powiedzieć: przegraliśmy, bo przegraliśmy, ale nadal budujemy socjalizm.

Jak was przyjęto na Węgrzech po powrocie z mistrzostw?

W dzień rozgrywania finału, wieczorem w Budapeszcie wybuchło powstanie futbolowe. Ludzie byli źli. Mając pewność, że wygramy ten finał myśleli, że sprzedaliśmy mecz. Wywracali tramwaje, demolowali sklepy. Obwiniali również władzę za porażkę. Po wyniku 8-3 w pierwszym meczu przeciwko RFN dla wszystkich było ewidentne, że to my zostaniemy mistrzami świata. Tylko, że ludzie nie mieli wglądu za kulisy. Zdradzę, że nas drużynę komunistyczną zakwaterowano przy głównym rynku, gdzie całą noc grała orkiestra dęta. Po przegranym finale zostaliśmy jeszcze tydzień za granicą, żeby w ojczyźnie emocje opadły. W świadomości ludzi utarło się, że sprzedaliśmy ten mecz. Kilka lat po tych wydarzeniach opowiadałem Węgrom żyjącym na Słowacji o swoich wspomnieniach. Kiedy skończyłem. Z publiczności podniósł się starszy pan z kręconymi siwymi wąsami i powiedział: – Towarzyszu Buzansky pan sobie może mówić, co chce, ja i tak umrę ze świadomością, że sprzedaliście ten finał. Takie myślenie u Węgrów pokutuje do dzisiaj. Mimo to jestem nieustannie zapraszany w różne zakątki świata. Tam gdzie piłka się potoczy tam ja podążam za nią.

Na ile przegrany finał miał wpływ na rewolucję z 56 roku?

Po tamtej porażce ludzie dostrzegli możliwość demonstracji. Wyszli na ulice pod pretekstem obwiniania władzy za przegraną. Po raz pierwszy jawne przeciwstawiono się reżimowi komunistycznemu. Było to preludium do wydarzeń z roku 56.

Kiedy poczuł się pan bohaterem narodowym w trakcie kariery czy dopiero po jej zakończeniu?

Komunizm to był całkiem inny świat. Mogę powiedzieć, że byliśmy protegowani. Przykładowo po nocnych bankietach policjanci odprowadzali nas do domów. My nie zwracaliśmy uwagi na to żeby dogodzić władzy. Chcieliśmy sprawiać radość ludziom. Hymn węgierski można było puszczać tylko na meczach międzynarodowych. Tylko wtedy ludzie mogli śpiewać razem z nami hymn swojego kraju. Jesteśmy ludźmi z lat 30. zawsze kładliśmy się do łóżka ze słowami: wierzę w boga, wierzę w ojczyznę, prawdę i zmartwychwstanie Węgier. Tak byliśmy nauczeni. System komunistyczny doszedł do wniosku ze tylko przez sport może dorównać zachodowi. Po przegraniu II wojnie światowej stworzono ośrodek sportowy w Tata. Już w 48 roku Węgrzy zdobyli 10 złotych medali na olimpiadzie w Londynie. W 52 roku było ich już 16. Na wojnie główną rolę odgrywają generałowie, a w czasie pokoju sportowcy i artyści. Po złożeniu przysięgi olimpijskiej. Każdego tygodnia otrzymywaliśmy specjalną paczkę. Było w niej salami, cukier, masło, dwie pomarańcze albo banany oraz tabliczka czekolady. Inni bardzo nam tego zazdrościli. Władza doszła do wniosku, że futbol reprezentacyjny jest priorytetem, więc nas utrzymywała.

Pomimo światowej kariery cały czas mieszka pan w malutkim Dorogu.

Jestem lokalnym patriotą. Mnie stąd nie wyciągną żadne pieniądze. Zostałem tutaj, bo miałem dobrą pracę. W kopalni zatrudnionych było kilka tysięcy ludzi. Ja byłem kierownikiem w dziale kadr i miałem pod sobą 12 pracowników. Każdy z piłkarzy od godz. 7 rano aż do rozpoczęcia treningu musiał być w pracy. Nikt nie mógł bezczynnie leżeć w domu. Dostałem kiedyś ofertę z Iranu. Tam w rok mogłem zarobić tyle ile na Węgrzech przez dziesięć lat, ale nie skorzystałem. Teraz jestem na emeryturze i żyję sobie spokojnie. Urodziłem się Węgrem i pozostanę Węgrem.

Ma pan już 86 lat i cały czas jest w doskonałej formie. Jaka jest recepta na długowieczność?

Przede wszystkim trzeba mieć polskie geny (śmiech). Miałem długowieczną rodzinę ze strony ojca. W wieku 16 lat jak zaczynałem chodzić na imprezy to ojciec zawsze powtarzał bym o godz. 23:00 był z powrotem w domu i o tej godzinie wracałem. W 1943 r. ostatni raz zapaliłem papierosa, a od 1952 r. nie chodzę do karczmy. Nigdy nie byłem pijany. Całe życie podporządkowałem karierze sportowej. Do dzisiaj tak mi zostało, że o godz. 23:00 kładę się spać, a o godz. 6:00 wstaję. Każdy człowiek ma dwie siły: mentalną i fizyczną. Jeżeli nie masz ich obu to do niczego nie dojdziesz. Za naszych czasów nawet, kiedy widziałem, że nie dogonię swojego rywala na boisku to i tak za nim biegłem by nie dać mu spokojnie myśleć i wywierać na nim presję. Takiego podejścia brakuje dzisiejszym piłkarzom. Nawet teraz, kiedy znajomi namawiają mnie żebym został dłużej na przyjęciu, to ja pomimo tego, że śmieją się ze mnie, że boję się żony to wracam o godz. 23:00. Zawsze pamiętam i jestem wdzięczny rodzicom za to jak mnie wychowali i czego mnie nauczyli.

Rozmawiali w Dorogu: Dawid Zeisky, Daniel Karaś, Norbert Tkacz, 2011 r.

Be First to Comment

Dodaj komentarz