Skip to content

Hubert Kostka. Mój idol Grosics

Posted in Historia, Ludzie, and Wywiad

Powoli zapada ciemność. Zbliża się wieczór. Niby zima, a pogoda jesienna. Bez prószącego z nieba śniegu. Bez przyjemnie parzącego mrozu. Zwichrowana połowa stycznia. Zwichrowana, bo wicher wieje, jakby całkowicie i z kretesem oszalał.

Tniemy ciemność Oplem Astrą. Pędzimy zabójczym astrowym tempem na zachód. Do Raciborza, a właściwie Markowic. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za dwie godziny spotkamy się z Hubertem Kostką.

Hubert Kostka to niezapomniany bramkarz Górnika Zabrze, złoty medalista olimpijski z Monachium, zdobywca 11 mistrzostw Polski (8 jako piłkarz, 3 jako trener). Chcemy dowiedzieć się kto ukształtował go jako piłkarza i trenera. Zapytać o wspomnienia z młodzieńczych lat, kiedy słuchał w radiu berneńskiego finału mistrzostw świata. Historię jego przyjaźni z Gyulą Grosicsem. Lata treningów z Gézą Kalocsayem, asystentem Sebesa na mistrzostwach w 1954 roku.

Zajeżdżamy pod elegancki dom jednorodzinny. Na progu wita nas gospodarz. Wchodzimy do salonu i siadamy na miękkiej sofie. Wściekły wiatr nie ustaje, gwiżdże na załomach domu jakąś niezrozumiałą pieśń. Robi się klimat jak z baśni, bo i opowieść dla nas, niepamiętających tamtych czasów, jest bajkowa… Hubert Kostka przenosi się do przeszłości…

Tak się złożyło, że miałem w trakcie swojej kariery piłkarskiej do czynienia z wieloma trenerami węgierskimi – mówi Hubert Kostka wygodnie rozparty na skórzanym fotelu. – Jak tak policzyłem, to było ich w Górniku Zabrze ośmiu, a Grosics był dziewiąty. On, co prawda, nie był pełnoprawnym trenerem. Trenował tylko bramkarzy. Z dwoma nie miałem kontaktu, bo nie było mnie jeszcze w Górniku. Pierwszy to Zoltán Opata, który zdobył z Zabrzem pierwsze mistrzostwo w 1957 roku. Później w 1959 roku był János Steiner, który najpierw został sprowadzony do Legii Warszawa. Ożenił się z Polką. Był w Zabrzu, w Ruchu Chorzów, Zawiszy Bydgoszcz. Tyle że wcześnie zmarł, prawdopodobnie na zawał. Potem był Ferenc Farsang. Po nim, bardzo krótko, Kleber. Właściwie to on nas przygotowywał tylko do tournée po Ameryce Północnej w 1963 roku. Specjalnie na tę okoliczność go sprowadzono. Wtedy węgierscy trenerzy mieli markę. Wzięło to się z fenomenu drużyny reprezentacyjnej Węgier z pierwszej połowy lat 50. Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć, oni wtedy byli najlepsi na świecie.

Z Grosicsem nawiązałem bardzo bliski kontakt. Przyjechał do Zabrza w 1962 roku i trenował nas przez rok. Z tym że pracował nie jako etatowy trener, a w przedsiębiorstwie Haldex. To była firma, która odzyskiwała z hałd górniczych węgiel, który jeszcze się tam znajdował, i materiały budowlane. W Zabrzu przy kopalni Makoszowy była duża hałda, którą oni przerabiali. Grosics po mistrzostwach świata w Chile w 1962 roku zakończył karierę i dostał tam pracę. To był bardzo inteligentny człowiek. W Haldexie miał jakieś kierownicze stanowisko. Kiedy nasi działacze zorientowali się, że ktoś taki jest w Zabrzu, sprowadzili go do Górnika. W ten sposób się u nas znalazł.

Panie trenerze, zacznijmy od wspomnień związanych z finałem mistrzostw świata w 1954 roku.

Wie pan ja miałem wtedy 14 lat. Mieszkałem w tej samej miejscowości, w której teraz jesteśmy. W Markowicach urodziłem się i wychowałem. To był okres powojenny. Rok 1954… W całej wsi były tylko dwa radia i pamiętam, że jedno miał taki nasz znajomy, który był maszynistą na kolei. On wystawił radio w oknie i połowa wsi słuchała tej transmisji. Po drugiej stronie wsi był fryzjer, on też miał radio. Tam słuchała meczu druga połowa Markowic. Pierwszy raz w życiu, na żywo emocjonowałem się finałem mistrzostw świata. Przez głowę mi nawet nie przeszło, że kiedykolwiek będę miał kontakt z osobą, która w tym finale grała. Żeby było ciekawiej, spotkałem dwóch zawodników z reprezentacji Węgier (w tle wnuczka zawzięcie harcuje z kredkami). Mam na myśli Ferenca Szuszę. Nie zagrał na tych mistrzostwach ani jednego meczu, ale w drużynie był. Tylko dlatego grzał ławę, że był z milicyjnego Újpestu. Wtedy najbardziej wpływowym klubem na Węgrzech był wojskowy Honvéd. Tak jak i u nas resorty te były skonfliktowane i zażarcie rywalizowały. Szusza przecież do dzisiaj ma rekord ilości zdobytych bramek w całej historii ligi węgierskiej (rozgrywki ligowe na Węgrzech rozpoczęły się w 1901 roku). Gdzież wtedy mógłbym pomyśleć, że będę miał z nimi kontakt. Wtedy nawet jeszcze na bramce nie grałem, tylko w ataku.

Wtedy, w 1954 roku, na Śląsku pewnie kibicowało się Niemcom?

Wie pan, większość kibicowała Niemcom. Jeśli trochę znacie historię to wiecie, że tu przed wojną były Niemcy. Tutaj ludzie rozmawiali po śląsku i po niemiecku. Niedaleko była granica. Tak jak wszędzie przy granicy, mówiło się trochę po polsku i trochę po niemiecku. Ale Markowice były w większości wioską niemieckojęzyczną. Nikt wtedy nie myślał, że Niemcy mogą być mistrzami świata. Więc słuchaliśmy meczu najpierw po polsku. Relacjonował ten finał Witold Dobrowolski. Twórca redakcji sportowej w polskim radiu. W telewizji też działał. Ale to był radiowiec, na ekran się nie nadawał. Strasznie lubiłem go słuchać. Dobrowolski to przecież nauczyciel Ciszewskiego.

Kiedy pojawiły się zakłócenia, przełączyliśmy na niemiecki kanał. Za to tego kolejarza zamknęli do więzienia. Takie były czasy. Sam to przeżyłem. Kończyłem wtedy szkołę podstawową i zaczynałem naukę w liceum. Sport był dla mnie i moich rówieśników wszystkim. Nie tylko piłka nożna. Wszystkie dyscypliny. Myśmy znali wszystkie rekordy świata, wszystkie wyniki, znaliśmy wszystkie składy drużyn.

(Na chwilę przerywamy. Wchodzi żona pana Huberta, częstując nas herbatą i pysznymi ciastkami świątecznymi własnej roboty. Śląska gościnność w najlepszym wydaniu).

Jak przychodzili do mnie dziennikarze, to robiłem taki test. Mówiłem, że jeśli wymienią składy finalistów z 1954 roku, to rozmawiamy, a jak nie, to niech wrócą jak się douczą. Znałem wszystkich finalistów mistrzostw świata, ale tamci z Berna, z 1954 byli szczególni. Po pierwsze, to byli Węgrzy, bezwzględnie najlepsi na świecie. Przecież oni ograli na Wembley Anglików 6:3. U siebie 7:1. Cztery lata byli niepokonani. Grosics mi imponował szczególnie jako bramkarz. To logiczne. Jakoś tak mnie lubił. Godzinami dyskutowaliśmy o tym, dlaczego Węgrzy przegrali ten finał. I muszę otwarcie powiedzieć, że on nie potrafił sobie tego racjonalnie wytłumaczyć. Przecież w meczu grupowym wygrali z Niemcami 8:3.

Tak, ale w tym pierwszym meczu obrońca niemiecki Liebrich ostro sfaulował Puskása, wywołując kontuzję.

To prawda, ale on nie w tym upatrywał przyczyn tej klęski. Zresztą to, co usłyszałem o Puskásu od Grosicsa i Szuszy sprawiło, że ten człowiek zaczął mi imponować. Pamiętam, że Grosics przyjechał do Zabrza w 1962 roku Oplem Kapitanem. Wtedy to był dla nas samochód z innej planety, luksusowa limuzyna. Okazało się, że Puskás wszystkim tym, którzy zostali na Węgrzech w 1956 roku – przecież połowa Honvédu została zagranicą, kiedy wybuchła Rewolucja Budapeszteńska, sprezentował takiego Opla Kapitana. Oczywiście kiedy grał już w Realu i zarabiał porządne pieniądze. Szusza też dostał taki samochód. Zresztą sam opowiadał taki przypadek. Był już trenerem i pojechał ze swoim węgierskim zespołem na tourne po Hiszpanii. Puskás od razu się nimi zajął, był z nimi cały czas. Przyjaźnie sobie rozmawiali, ale Ferenc go cały czas prowokował. Pytał, czy podobają się jakieś buty w sklepach. Marynarki, koszule i tak dalej. Szusza odpowiadał, że jemu się wszystko podoba, fantastyczne są te ubrania, tylko pieniędzy nie ma. Wtedy dla przybysza z kraju komunistycznego kwoty, jakie trzeba by było wydać na takie rzeczy, były niewyobrażalnie wysokie. Puskás jednak niezrażony nadal wypytywał, czy takie i owakie ubrania mu się podobają. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy drużyna była na lotnisku, aby wrócić na Węgry, do Szuszy podeszła stewardessa i wręczyła mu wielki pakunek od Puskása. Wszystkie rzeczy, o które wypytywał, zakupił i podarował Szuszy. Opowiadał mi również, jak Puskás ustawiał celników na granicach. Każdy wtedy przemycał coś na handel zza żelaznej kurtyny. Oni też. Jak celnicy chcieli ich kontrolować, to drużyna wysyłała Puskása, a on jako oficer (miał stopień majora) stawiał pograniczników do pionu.

Wracając do Grosicsa. W Zabrzu trenował bramkarzy. Nie tylko z Górnika, lecz także z całego „regionu” zabrzańskiego: z Walki Zabrze, Walki Makoszowy, tak że na treningach przeważnie było ośmiu zawodników. To właśnie on mnie nauczył całego rzemiosła bramkarskiego. Szczerze powiedziawszy to byłem takim dość dziwnym bramkarzem. Teraz to niemożliwe, ale bardzo mało trenowałem. Pierwsze lata w Górniku to bardziej studia na politechnice niż profesjonalne zajęcia piłkarskie. Oczywiście między zajęciami przyjeżdżałem do klubu i trenowałem. Pozwolił na to trener Dziwisz, który te zajęcia prowadził. Tyle że w tamtych czasach w Polsce nie było specjalistycznych treningów bramkarskich. Po prostu mało który trener miał o tym pojęcie. A Grosics to umiał. Zresztą, co się dziwić, on wtedy był uważany za najlepszego bramkarza świata, dla mnie to nie ulegało najmniejszej wątpliwości. W roku 1962 miałem 22 lata, byłem dwukrotnym mistrzem polski, a dopiero od niego uczyłem się nowoczesnej gry bramkarskiej. Oczywiście wtedy nie myślałem, że zostanę trenerem. Ten trening stosowałem później przez 28 lat jako szkoleniowiec.

 

Gyula Grosics

Pamięta pan, na jakie elementy zwracał uwagę, których w Polsce się nie stosowało?

Trening Grosicsa w tej chwili z pamięci mógłbym przeprowadzić i nie zapomniałbym ani jednego ćwiczenia. On przerabiał na każdym treningu praktycznie wszystkie elementy gry bramkarza. Tam były chwyty piłek bez upadku, z upadkiem. Łapanie piłek dolnych, górnych, półgórnych. Chwyty z przekładanką, z krokiem dostawnym, z wygaszaniem ruchu przed upadkiem. Jak ja czasami widzę trenujących bramkarzy, jak jeden z drugim spada na ziemię, to walnie ciałem o murawę tak, że słychać go kilometr od stadionu. U Grosicsa to było niemożliwe. On uczył nas zachowania w bramce. O dwusiecznej kąta, że bramkarz ma stać tak, a nie inaczej przy strzałach, to dowiedziałem się od niego. Wcześniej o tym pojęcia nie miałem. Półelipsa, po której trzeba było się poruszać w bramce w zależności od tego, skąd przeciwnik nadchodził. Kwestie gry na przedpolu. To wszystko on mi przekazał. Dlatego jak przyszedł do Górnika Géza Kalocsay (asystent Sebesa na MŚ 54) w 1966 roku i dowiedział się, że Grosics mnie trenował, mówi: „Hubert, ty będziesz prowadził trening bramkarski”, mimo że byłem zawodnikiem. Robiłem to do końca współpracy z Kalocsayem.

Mówił pan, że przyjaźnił się z Grosicsem. W jakim języku się komunikowaliście?

Z Węgrami nie było żadnego problemu, wszyscy mówili świetnie po niemiecku. Nie spotkałem żadnego trenera, który nie posługiwałby się tym językiem. Tylko Ferenc Farsang (trener Górnika w latach 1964-1965) nie mówił po niemiecku, ale on był tak zdolny, że jako jeden z nielicznych Węgrów, z którymi współpracowałem, w trzy miesiące nauczył się polskiego. Géza Kalocsay znał też znakomicie czeski, przecież studiował w Pradze i grał w Sparcie, a znając czeski, szybko złapał też polski.

W wywiadach twierdzi pan, że znakomite wyniki Górnika w Europie i Polsce to zasługa asystenta Sebesa, Kalocsaya.

To dla mnie nie ulega żadnej wątpliwości. Kiedy do nas przyszedł, byliśmy już ośmiokrotnymi mistrzami Polski. Jednak nie odnosiliśmy żadnych sukcesów na arenie międzynarodowej. Rokrocznie graliśmy w pucharach, a wyników nie było. Pierwszy raz w pucharach zagraliśmy z bardzo silną drużyną, która nas pokarała, ale myśmy też mogli ją pokarać na stadionie Śląskim. To był mistrz Anglii Tottenham. Dostaliśmy u nich 8:1, choć tak samo, tylko dla nas mogło się skończyć w Chorzowie. Minutę po przerwie było 4:0, ale niestety były takie przepisy, że nie można było przeprowadzać zmian. Anglicy zorientowali się, że mogą dostać straszne lanie i zaczęli tak brutalnie grać, że mecz skończyliśmy w dziewięciu. Strzelili nam dwa gole i skończyło się 4:2 dla nas.

Anglicy nie grali tych swoich dośrodkowań? Tutaj 4:2, a w Londynie 8:1 w plecy?

Grali. Ale powiem panu tak: myśmy nie mieli kompletnie doświadczenia, myśmy nawet nie mieli obuwia. To też zresztą jest jedna z głównych przyczyn (obuwie) porażki Węgrów w 1954 roku w Bernie. Wielokrotnie o tym rozmawiałem z Grosicsem. On tego nie potrafił przeżyć, to była dla niego ogromna trauma. Obojętnie, na jaki temat rozmawialiśmy, kiedy zeszło na sport, od razu pojawiało się pytanie, jak to było możliwe, że oni wtedy przegrali. On to przeżywał niesłychanie mocno i nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Po wielu latach obejrzałem wywiad z trenerem Niemców Herbergerem, który przeprowadził kultowy dziennikarz węgierski, później prezes związku piłki nożnej na Węgrzech Szepesi. To było dzień przed finałem. Padło pytanie o to, czy rzeczywiście trener Niemców wierzy w wygraną z Węgrami. Herberger odpowiedział, że jeśli będzie ładna pogoda, to nie mają żadnych szans i przegrają wysoko. Ale, nie daj Boże, jak w dniu meczu będą opady deszczu, wtedy wszystko może się wydarzyć. I deszcz padał wtedy w Bernie. Ja, pracując w Szwajcarii byłem tam, gdzie Węgrzy mieli swoją bazę, czyli w Solurze (miasto, w którym zmarł Tadeusz Kościuszko). Grosics opowiadał, że mieszkali w hotelu w centrum miasta. A Szwajcarzy lubią się bawić. Do rana odbywały się imprezy i Węgrzy zwyczajnie nie mogli spać. Niemcy z kolei mieszkali nad jeziorem Thun, jakieś 20 kilometrów od Berna w miejscowości Spiez. Hotel był na wzgórzu. Cisza i spokój. Totalne odosobnienie. Rano wstają, a tu piękna pogoda. Wchodzą do autobusu i zaczyna padać deszcz. W Szwajcarii tak jest, że z kapuśniaczka często robi się ulewa. I oni ten finał w ulewie grali. Poza tym, właściciel Adidasa, czyli Adolf Dassler, który z zawodu był szewcem, wymyślił korki wymienne. W zależności od pogody wkręcało się odpowiednie. On te buty dla Niemców do Berna przywiózł. Niemców oskarżano również o doping. Kilku z nich po mistrzostwach zachorowało na żółtaczkę. Jakieś strzykawki w szatni znaleziono. Wtedy jeszcze o dopingu nikt nie miał pojęcia. Z tego, co się dowiedziałem, to oni przyjmowali zwykłą glukozę. Osobiście w ich doping nie wierzę. Ale te buty, to już inna sprawa. Wiem, bo sam to przeżyłem podczas tego meczu z Tottenhamem w Londynie. W Polsce profesjonalne buty piłkarskie były niedostępne. Te, w których graliśmy, do niczego się nie nadawały. Twarde, sztywne, nie dało się piłki kopać. Dlatego przerabialiśmy buty kolarskie. One były delikatne, ale człowiek miał czucie piłki. Szewc nabijał nam na nie korki, co prawda odpadały w trakcie meczu, ale to i tak było lepsze od butów piłkarskich dostępnych wtedy w Polsce. W Anglii graliśmy właśnie w takich „kolarkach”. W Londynie całą noc lało. Jak przyjechaliśmy na boisko, to było 20 centymetrów błota. Tak że ja tego rodzaju sytuację przeżyłem osobiście. Dlatego wierzę, że była to jedna z przyczyn porażki Węgrów. Do dziś w Niemczech mówi się na takie warunki atmosferyczne, że jest to pogoda Waltera [Fritz Walter, największa gwiazda reprezentacji Niemiec z lat pięćdziesiątych – przyp. red.]. Wtedy w reprezentacji Niemiec grało pięciu albo sześciu zawodników z 1.FC Kaiserslautern, które w tamtych latach było potęgą. Ale tak jak mówię, Grosics nie potrafił się z tym pogodzić. To było dla niego nie do przeskoczenia. Fakt, że to był 1962 rok. To jeszcze było stosunkowo żywe, on dopiero skończył karierę. Nie mógł tego przetrawić.

Gdyby pan porównał warsztat Kalocsaya z tym, co wcześniej robiono w Polsce?

To było tak, jakby porównać szkołę podstawową z uniwersytetem. Jak zaczął opowiadać o piłce, to my, mimo że mistrzowie Polski, czuliśmy się jak przedszkolaki. W dodatku wszystko, co opowiadał, robił na boisku. Nie na tablicy jak nasi trenerzy. Rysowali kreski i nikt nie wiedział, o co chodzi. A ten przychodził na boisko i z nami to wszystko robił. Gdyby przyszedł wcześniej jestem przekonany, że bylibyśmy w finale europejskich pucharów znacznie szybciej.

Co się stało, że tak nagle odszedł z Górnika?

To jest tajemnica poliszynela. Chodzą jakieś słuchy, ale ja nie chcę siać plotek, bo nie mogę udowodnić tych historii. Wiem na pewno, że do wyjazdu został zmuszony. Dostał 24 godziny na opuszczenie Polski. Wyjechał z dnia na dzień. Dzisiaj był na treningu, a jutro już go nie było. To nie były sprawy polityczne, raczej obyczajowe. Ale pewny tego nie jestem. Mieszkał w tej samej klatce schodowej co ja, w mieszkaniu klubowym. Dla drużyny to był straszny szok to nagłe zniknięcie. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Zero wyjaśnień.

Była taka kawiarnia w Zabrzu „Pod Gronem” na ulicy Dworcowej. Cudowne miejsce. Tam się spotykaliśmy. Géza był tam codziennie. Przy rozmowie miał tylko dwa tematy. Piłka nożna i dziewczyny. Wtedy od razu odżywał. Jak ktoś zaczął rozmawiać o polityce, to on się plecami odwracał i wiedzieliśmy, że trzeba skończyć rozmowę.

Kto z węgierskich trenerów, których pan znał, był numerem jeden?

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że właśnie Kalocsay był najlepszym trenerem. Drugi, który może nawet nie był gorszy, to był Ferenc Szusza. Tylko on nie miał tych zdolności pedagogicznych co Géza, który potrafił wiedzę znakomicie przekazać. Szusza starał się to robić podobnie, ale był za bardzo zamknięty w sobie. Kalocsay był stanowczy i wymagający, ale nie surowy. Potrafił ostro opieprzyć, by w chwilę po tym już się uśmiechać. Kiedy mnie jeszcze w klubie nie było, Górnik pojechał do Niemiec i towarzysko zagrał z ówczesnym mistrzem tego kraju Rot-Weiss Essen. Grał tam Helmut Rahn, zdobywca decydującej bramki w finale w Bernie przeciwko Węgrom. Górnik zwyciężył pięć zero, a Herberger, który oglądał ten mecz, nie mógł wyjść z podziwu. Skąd wy macie takich zawodników? Dopytywał się. Łapał się za głowę z niedowierzania. Jak to jest możliwe, że wy z takimi piłkarzami nie możecie zrobić w Europie wyniku? Gdyby był wtedy Kalocsay, pewnie to by się udało.

W roku 2011 widzieliśmy się z Grosicsem w Budapeszcie i wspominał Pana z wielkim szacunkiem. Podziwiał Pańskie umiejętności bramkarskie.

Myślałem, że on wcześniej zmarł. Ja w 1986 roku na 8 lat wyjechałem do Szwajcarii. Gdybym wiedział, kiedy wróciłem, że on żyje, to bym go odwiedził. Prawda jest taka, że zostanie bramkarzem tej klasy, jakim byłem, zawdzięczam właśnie Grosicsowi.

 Jaki był Grosics prywatnie?

To był niesamowicie inteligentny człowiek, mądry facet. Robił potem karierę polityczną z tego, co wiem. Był posłem w parlamencie węgierskim. Pełnił funkcje dyrektorskie w różnych przedsiębiorstwach.

Opowiadał nam o inwigilacji przez węgierską służbę bezpieczeństwa, o szykanach. Czy rozmawialiście na te tematy?

Na tematy polityczne nie rozmawialiśmy. Takie to były czasy, że nie można było rozmawiać o tych sprawach. Ale jeżeli on mówił o takich wydarzeniach, to ja mu całkowicie wierzę. Dla mnie to bardzo wiarygodne, bo ja to też przechodziłem. Że się wyrwałem z ich szponów, to był cud.

Grał pan podczas swojej kariery z reprezentacją Węgier?

To tak à propos, dlaczego się później z Grosicsem nie kontaktowałem. Wielokrotnie grałem na Węgrzech. Górnik miał ścisłe kontakty z Tatabányą, w której Grosics spędził ostatnie lata kariery. W Budapeszcie graliśmy z Újpestem. Nie było roku żebyśmy na Węgrzech nie byli. Zawsze tam się jechało z ogromną przyjemnością. Dla mnie Budapeszt to było takie wielkie miasto. Prawie zachodnie. Bardzo podobne do Wiednia, który uwielbiałem. I każdy Węgier mówił po niemiecku. Teraz pewnie się to zmieniło.

W finale igrzysk olimpijskich grał Pan z Węgrami. To była całkowicie inna drużyna, to był rok 1972, ale czy czuł pan jakiś powiew, wpływ tej wspaniałej drużyny z lat 50.?

Odpowiem Panu tak. Myśmy historii wielkości Złotej Jedenastki tak dobrze nie znali. Tylko z opowiadań. Ale tak się złożyło, że grałem w górniku z Ernestem Pohlem. On w latach 1953-1956 był zawodnikiem Legii Warszawa. To były czasy całkowitej dominacji Złotej Jedenastki. Prawie wszyscy tam grali w Honvédzie. Tylko trzech grało w innych klubach. Lantos, Buzánszky i Zakariás. Kiedy Ernest Pohl grał w Legii, trenerem był János Steiner, dzięki temu warszawska drużyna jeździła często, jako wojskowa, na obozy przygotowawcze z Honvédem. Wielokrotnie grali z nimi sparingi, a Legia to był wtedy w Polsce absolutny top. Prawie wszyscy reprezentanci Polski byli z Legii. A tam do przerwy było trzy, cztery albo pięć bramek w plecy. Różnica poziomów była straszna. Polacy chodzili do graczy Honvédu i prosili, żeby się tak nie znęcać.

Grałem przeciwko Węgrom kilka razy w różnych reprezentacjach wiekowych. To byli dobrzy zawodnicy, na przykład Ferenc Bene (brązowy medalista mistrzostw Europy i złoty medalista igrzysk olimpijskich w Tokio 1964 roku, król strzelców tej imprezy). Ale nie można nawet ich porównać z kimś takim jak Puskás czy Kocsis.

W finale igrzysk olimpijskich w 1972 roku faworytami na pewno nie byliśmy. Za najważniejsze w mojej karierze mecze uważam finał Pucharu Zdobywców Pucharów w Wiedniu z Manchesterem City i ten finał przeciwko Węgrom na igrzysk olimpijskich. Miałem takie nieprzyjemne skojarzenie przed tym meczem. Kiedy graliśmy w Wiedniu, było potężne oberwanie chmury, deszcz lał się z nieba jak z wiadra. A że przyszedł chwilowy nawrót zimy, to te opady były prawie lodowe. Nie potrafiłem słowa wypowiedzieć, tak było zimno. Teraz przychodzi mecz finałowy na olimpiadzie i proszę sobie wyobrazić, masażysta mówi mi, żeby długie korki sobie przygotować, bo zapowiadają ulewę. Wstałem z łóżka, patrzę za okno, a tam piękna pogoda. Rzeczywiście, tylko podjechaliśmy na stadion, to zaczęło lać jakby się wściekło. Całe szczęście, że ciepło było. Ale skojarzenie było z przegranym meczem z Manchesterem. Nie baliśmy się Węgrów, mieliśmy dobre rozeznanie. To była jedna z ostatnich dobrych drużyn węgierskich.

Kojarzy pan jakichś piłkarzy z tej węgierskiej olimpijskiej drużyny? Na Węgrzech są raczej zapomniani.

Ja też nie pamiętam. Wiem, że był taki napastnik, który nazywał się Dunai. Ten, co mi bramkę strzelił, nazywał się chyba Váradi. Musiałbym sobie przypomnieć. Graliśmy też taki mecz w Szegedzie, pamiątkowy z tymi zawodnikami z finału, ale nawet nie wiem, czy wszyscy tam byli, bo u nas też kilku brakowało.

Skąd się wziął u pana pseudonim „Farorz”?

Takiego przydomka nigdy nie miałem. To wymyślili dziennikarze podczas mojej gry w Unii Racibórz. Drużyna ta dwa razy: w 1954 i 1956 roku, zdobyła mistrzostwo Polski juniorów. W tej drugiej mistrzowskiej drużynie grał mój kumpel. Po zdobyciu tytułu poczuł powołanie i poszedł do zakonu. Konkretnie do franciszkanów. Jednak z klasztoru bardzo szybko wyszedł i ożenił się. Chodził ze mną do szkoły, razem robiliśmy maturę. Po tym wszystkim przestał grać w piłkę nożną. No i do klubu przyjechał dziennikarz Bernard Gryszczyk. Na jeden mecz. On był takim dziennikarzem rewolwerowcem. Nie przyjechał rozmawiać, tylko słuchał, co ludzie dookoła opowiadają. Ktoś mu powiedział, że to ja byłem tym, który poszedł do klasztoru. Walną artykuł Farorz w bramce Unii Racibórz. Pomylił osoby. Jak do Górnika poszedłem, nikt nie nazywał mnie farorzem. Później to się samo rozchodziło. Początkowo tłumaczyłem, że to pomyłka, ale im więcej wyjaśniałem, tym bardziej ten „farorz” się rozprzestrzeniał. W końcu machnąłem na to ręką.

Dlatego się o to pytamy, bo pana idol bramkarski Grosics też miał iść do seminarium i na pamiątkę tego jako pierwszy grał w czarnym stroju.

Niemożliwe… Jestem osobą wierzącą i praktykującą. Gdybym został duchownym, też pewnie czułbym się spełniony. Takiej łaski, powołania, nie doznałem. Ale miałem ten pseudonim, więc jakieś podobieństwo do sytuacji Grosicsa jest.

Jenő Buzánszky twierdził, że jedynym zawodnikiem z Polski z tamtych lat, który mógłby ewentualnie dorównać piłkarzom Złotej Jedenastki, był Lucjan Brychczy.

Zgadzam się. Brychczy to był wybitny piłkarz. Ale ja oglądałem mecz Polski z Węgrami na stadionie Śląskim w 1958 roku. To już nie była ta wspaniała drużyna Węgier, choć jeszcze kilku wybitnych zawodników tam grało: Bozsik, Grosics, Budai. Muszę powiedzieć, że z mojego punktu widzenia Edmund Kowal z Górnika Zabrze nie ustępował im pola. Polska przegrała mecz 3:1. Węgry, mimo że już z inną reprezentacją, wciąż prezentowały nieosiągalny dla nas poziom. Nawet Budai, który uchodził w Złotej Jedenastce za zawodnika ostatniego wyboru, prezentował się niesamowicie. Moim zdaniem Węgrzy zawsze mieli dziesięciu pewniaków w drużynie i brakowało im jedenastego. Dlatego Budai rywalizował z Tóthem pierwszym i drugim. Jeden z nich grał w finale. Prawdopodobnie Budai był z nich najlepszy. Tylko troszeczkę wydawało się, że jest nierozgarnięty umysłowo. Był wielkim lekkoduchem. Dlatego miał problem, aby się załapać do pierwszego składu. Grosics twierdził, że najsłabszy był Tóth. A Szusza nie grał tylko dlatego, że był z Újpestu i występował na pozycji Puskása. Sytuacja bez wyjścia, nie miał żadnych szans, choć był genialnym napastnikiem.

Miał Szusza żal do Sebesa albo Puskása? Przecież był wiecznym rezerwowym…

Nie miał. Wręcz przeciwnie. Cały czas mówił, że to był zaszczyt być nawet rezerwowym w tej drużynie. Był jedynym zawodnikiem Újpestu w reprezentacji. Potrafię to sobie wyobrazić. Żeby takie wyniki robić jak Węgrzy wtedy, to w zespole musiała być atmosfera idealna. Bez tego nie byłoby sukcesów. O to współżycie dbał Puskás. Nawet Sebes się nie wtrącał w to, co zdecydował Ferenc. Sebes, mimo że nie był trenerem z krwi i kości, to miał ogromny szacunek wśród piłkarzy. Przecież on tę drużynę stworzył. Na boisku się nie udzielał, był raczej menadżerem. Dobierał sobie sztab szkoleniowy i ludzi odpowiednich do danej sytuacji. O tym dowiedziałem się od Grosicsa. Wiem też, że prezes w randze wysokiego oficera armii węgierskiej został sekretarzem generalnym Realu Madryt. Nie wrócił na Węgry w 1956 roku i zaczął współpracować z Santiago Bernabéu.

Czy Grosics nie miał żalu, że wrócił na Węgry, a Puskás, który uciekł, jest mega gwiazdą piłki?

Gdyby Grosics został, to prawdopodobnie też grałby w Realu. Tematu jakiegoś żalu z podjętych w tym względzie decyzji nigdy nie podejmował. Jak doszło do tego, że część została, a reszta wróciła, próbowałem się dowiedzieć. Ale to było jakieś tabu dla niego. Domyślam się, że się bał. On doskonale sobie zdawał sprawę, w jakim systemie żyje. Rewolucję Budapeszteńską krwawo stłumiono, procesy toczyły się parę ładnych lat. Ludzi skazywano na kary wieloletnich więzień i na śmierć. Ludzie się tego bali. Kádár, choć najbardziej liberalny ze wszystkich rządzących w krajach komunistycznych, kiedy mu kazano zdławić powstanie, to bezwzględnie to uczynił. Dlatego Grosics jak ognia unikał tematów politycznych. Zresztą ja byłem za młody, żeby narzucić tematy w rozmowie. Ale jeszcze raz powtarzam, że ciągle bolał, nie mógł przeżyć porażki w finale mistrzostw świata.

Są ludzie na Węgrzech, którzy uważają Puskása za zdrajcę.

To zazdrość ludzka, bo Puskásowi się powodziło. Zarabiał pieniądze, stał się gwiazdą światowej piłki. Sam to przeżyłem. Wychowałem się w domu, gdzie wiele pieniędzy nie było. Na nic nas nie było stać. Na studniówkę nie poszedłem, bo nie miałem garnituru. A tu nagle na początku lat 60. samochodem przyjeżdżam. Wyczuwałem tą zazdrość od ludzi. Myślę, że to samo działa w przypadku Puskása.

 

Rozlega się bicie dużego, zabytkowego zegara z duszą, stojącego pod ścianą. Ze zdziwieniem spostrzegamy, że wybiła 21.00. Będziemy się już zbierać. Żal, bo ogniki wspomnień w oczach pana Huberta jeszcze płoną. Sam chyba jest zdziwiony upływem czasu. Tego w Markowicach, spędzonego na rozmowie, i tego z jego opowieści. Wsiadamy do Opla, znów tniemy mrok. Tylko głowa została gdzieś w latach 50…

 

Wywyiad pochodzi z książki „Mistrzowie bez tytułu” opisującej historię Złotej Jedenastki, czyli reprezentacji Węgier z lat 50. 

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz