Skip to content

Dubeltowo o stadionie Honvedu Budapeszt: Węgier

Posted in Futbolowe miejsca

20160203_130728_Richtone(HDR)

 

Me casa es su casa

Zawsze mam obawy kiedy muszę wejść na nieznany obiekt. Nigdy nie wiem komu mam zameldować gdzie i po co idę. Nie wiem też jaki podać powód mojej wizyty – ideologia to nie żarty, trzeba się zawsze wstrzelić aby nie zostać zastrzelonym. Można się oczywiście kierować zawsze zasadą, że jak będzie bardzo źle to się wyciągnie asa z rękawa – tak zwany joker węgierski, który bije każdy argument w mgnieniu oka. Nie ma znaczenia czy jesteś u tych „prawych Madziarów” czy u tych niby „liberalnych” a nawet u tych gdzie demotywacja życiowa w ogóle uniemożliwia, aby się w ogóle opowiedzieli za jakąś stroną, Żyd jest zawsze wszystkiemu winny. Subtelnym antysemityzmem przypodobasz się tu gejom, narodowcom, matkom, młodszym dziewczynom, byłym esbekom, a nawet cyganom – docenią, że przez chwilę to nie oni są na celowniku. Wchodząc na nieznany obiekt – a stadion to poważna sprawa – musisz się mieć na baczności i mieć przygotowane strategie. Od razu szukasz „szefa”, żeby mu oznajmić, że ty tu ten… no i że ten… i czy można. I komu jeszcze zameldować, żeby nie było problemu, bo Węgier jest nauczony nie robić problemu – niczego nie powiedzieć za głośno, za dużo, po co… żeby potem… Myślę, że Polak tego nie zrozumie i bardzo dobrze, nie powinien rozumieć…
Wchodząc na teren stadionu brama otwarta i nikt przy niej nie stoi. Podejrzane. Od razu w moich myślach rozbrzmiewa piosenka kiedyś śpiewana przez Zsuzsę Koncz: „Jak bym była bramą to zawsze bym stała otworem i wszystkich bym wpuszczała…”. No ale kiedy to było, ojojoj, przecież teraz inny świat, gdzie bramy i mury, prawda? Prawda? Nie widzę nigdzie „szefów”. Desygnowanych Madziarów ze zdecydowaną postawą i jeszcze bardziej zdecydowaną facjatą. Ani jednego. Komu się teraz zameldować? Mam tak wejść, ja, który tu pierwszy raz? Kolega (w dalszej części tekstu jako Norbert) już pędzi, już kamera, już zdjęcia, nagrywamy… nie czeka na aprobatę, na choć najmniejszy znak, że można, wolno… nie, jedzie na żywca – pfff, Polak.
Kupuję szybko grzańca u Pani, która stoi pod parasolem w deszczową pogodę i pomimo, że nie ma innych zajęć to się nie pyta po co mi właściwie ten grzaniec. Po prostu nalewa po czym mnie olewa. Piję szybkimi łykami, bo już widzę, że Norbert ostro nagrywa cały obiekt, nagrywa też ludzi obserwujących trening, premier plan, oddalenie, ujęcie panoramiczne, tragedia. Jeszcze wyskakuje z pomysłem, żeby go nagrać na tle trybuny, że będzie opowiadał o stadionie w języku polskim. Kończę nerwowym łykiem grzańca, bo już widzę, że ktoś nas zauważył. Sprawdzam moje skromne odzienie czy nie mam na sobie jakiegoś znaku szczególnego „lewactwa”, ze zdenerwowania chowam lewą rękę, żeby ściągnąć niebieską gwiazdę… a nie, to już nerwy, to nie te czasy… Norbert napełnia przeponę „kiszpesztowskim” powietrzem pamiętającym jeszcze czasy największej fabryki tekstylnej Kadarowskich Węgier – Czerwonego Października – i już widzę, że ilość skonsumowanego tlenu zapowiada monolog na długie minuty. Cały blady nagrywam i oglądam się dookoła, aby wyczuć potencjalne źródła niebezpieczeństwa. Norbert w swojej czapce od wujka Szczepana nawija na cały głos… o Puskásu, że rok ’56, że uciekł, że komunizm, że CSKA Moskwa… I wtedy widzę, że delikwent powoli podchodzi do nas, zbliża się, słucha pięknej polskiej mowy z pełnym zaangażowaniem udawanego poligloty. Będzie problem…
Nie ma problemu. Nie chce nam przeszkadzać, więc tylko kciukiem do góry pokazuje, że jest super i cierpliwie czeka aż skończymy. Potem opowiada gdzie siedział z ojcem na trybunie, kiedy był mały i kiedy Honvéd był jeszcze mocną siłą w lidze węgierskiej. Podchodzimy bliżej boiska, gdzie rozgrywa się mecz sparingowy. Wołam kierownika drużyny, podchodzi i nie pyta się po co i dlaczego. Rozmawiamy. Nikt się o nic nie pyta. Jeszcze gdzieś tam się we mnie odzywa żeby się jednak wylegitymować, wytłumaczyć, przecież komuś muszę opowiedzieć w jakim celu i z jakim nastawieniem… Nie, nie było mi dane się wylegitymować. Kiedy mowa o stadionach, że tu budują, tam budują, że Orbán, że dotacje, pojawiają się tylko stonowane emocje i to spojrzenie, które tak rzadko ostatnio spotykam – ty wiesz o co chodzi, ja wiem o co chodzi, nie będziemy języka strzępić, wszystko jasne. Przechodzimy przez następne otwarte bramy, nikt nas nie prowadzi, nikt nas nie nadzoruje, tylko pokazują tam idźcie, tam sobie wejdziecie, a tam sobie obejdziecie i sobie dojdziecie. Dookoła widzę murale z ikonami klubu, z historią, tu autobus z dziećmi, tam wesołe kolory i nagle mi czegoś brak… nikt mi tu w sumie nie podaje dyrektyw kogo to ja mam teraz nienawidzić… czuję się taki zagubiony. I jeszcze ta tablica przy trybunach, która mówi, że jest to miejsce rodzinne i pełne szacunku… dla innych… nie ma miejsca na: że ten bury, ten szary, a ten ma taką dziwną nogę… przerażający brak tolerancji dla braku tolerancji…

Nie wiem jak Honvéd funkcjonuje na co dzień. Nie wiem tak naprawdę czym się kierują kibice tego klubu. Odczucie opisanej przeze mnie sielanki to oczywiście tylko moja subiektywna perspektywa. Poczułem chwilę normalności na obiekcie, o którego istnieniu nawet nie wiedziałem. Normalności, której tak nam brakuje i na Węgrzech i w Polsce. Bo normalnie to się można czuć w bardzo specjalnym miejscu, które ciężko zdefiniować, ciężko ogrodzić granicami i symbolami, ciężko zapełnić ludźmi – normalnie to się można poczuć w domu… I coś tak czuję, że sympatycy tego klubu to nie są wojownicy, że nie trzeba zawsze na barykady, bo ruiny i wojna… ja tu zobaczyłem domowników. Życzę im wszystkiego najlepszego.

AUTOR : Dávid Zeisky

One Comment

  1. Dzięki za mini reportaż

    18 kwietnia 2016
    |Reply

Dodaj komentarz