Skip to content

Dubeltowo o stadionie Honvedu Budapeszt: Polak

Posted in Futbolowe miejsca

 

20160203_134751_Richtone(HDR)

Budapeszt nie jest aż tak daleko położony od Krakowa. W tym akurat przypadku odległość to stan umysłu, a nie fizyczna ilość kilometrów. Wystarczy tylko zapakować się do autobusu, wygrzać siedzenie przez sześć godzin i siup, jesteśmy. Jeśli ktoś ma inne zdanie, ja stanowczo protestuję. Tak jak protestuję przeciwko bezmyślnym paniom z dziećmi irytująco zajmującym miejsca w porannych tramwajach akurat przy automatach biletowych. Czy przeciwko młodym siksom i paniczom, chorobliwie oblepiającym miejsca do siedzenia, nawet gdy mają do przejechania tylko jeden przystanek w tym samym smutnym porannym tramwaju. Ale, ale. Stop. Przecież ma być o Honvedzie…
Wcielając w życie mój sprytny plan zbliżenia przestrzennego między Krakowem i Budapesztem po raz kolejny udałem się do stolicy Węgier. Wraz z kolegą Dawidem mieliśmy sporo innych zadań, jednak powziąłem twarde jak granit postanowienie, że zasklepię ziejącą od lat dziurę w mych piłkarskich zainteresowaniach. Zgrozą tą, był fakt, że nigdy nie byłem na stadionie Honvedu Budapeszt. Wiele przeciwności trzeba było pokonać: choroby, wrodzone lenistwo i złowrogi czas pędzący jak Pendolino. Mimo wszystko udało się i w przedpołudnie drugiego dnia pobytu dotarliśmy do dzielnicy Kispest. Za nami zostały szerokie bulwary Pesztu i ruchliwe drogi Kobanyi. Za nami secesja, modernizm, cesarze i królowie. Tutaj jest Kiszpeszt ! Małe kamieniczki i parterowe domki. Trochę odrapane, a trochę nie. Niewielkie ogródki przydomowe, trochę zaniedbane, a trochę nie. Fryzjer w ciasnej kanciapie, sklepiki z piwem Dreher, szewc i kioski z prasą. Pociąg sunący powoli przez środek dzielnicy i tramwaj jak wąż wijący się między domami. Wszystko ospałe, spokojne, przyprószone siwizną początku dwudziestego wieku. Są też i bloki z wielkiej płyty, znak przeszłej czerwonej władzy. Są i fabryki rdzewiejące rudo w chaosie.
I tam, między torami a zakładami przemysłowymi ulokowany jest stadion Kispestu Honvedu Budapeszt. Idę ulicą Puskasa na stadion imieniem Bozsika…Taka sobie ulica i taki sobie stadion. A jednak czuję że to jest właśnie specjalny, niezwykły fragmencik miasta w którym wielbi się i pamięta swych dawnych herosów futbolowych, jak w jakichś Atenach Tezeusza i jego Argonautów. Mijam kasy schowane w białym murze niby okienka strzeleckie w fortach wojennych i wchodzę na teren klubowy. Po lewej stronie boisko trawiaste, po prawej sztuczne za kratami. Na wprost bryła stadionu. Ona nie zachwyca, jest archaiczna i brzydka. Na trawie po lewej panowie kopacze mecz grają. Za chwilę już wiemy, to Honved z Segedynem. Na alei tuż przed stadionem widzę coś jakby z Polski sprzed dwudziestu laty. Pani schowana pod szmacianą parasolką z uśmiechem sprzedaje piwo, grzańca i słonecznik. Tak mnie to za serce chwyciło że bez wahania skorzystałem z usługi i dalej poszedłem z gorącym grzańcem w dłoni (kolega Dawid również).
Wspinamy się po wale i widzimy. Co z tego że krzesełek brak na niektórych sektorach, nie ważny jest klocek bloku przyklejony do korony stadionu. Nie patrzę na główny budynek klubowy bo proszę uwierzyć, patrzeć nie ma na co. Ja podziwiam to wszystko bo wiem że tutaj, w tym miejscu, Puskas strzelał swoje ponad 350 bramek w 340 występach. To tutaj najwierniejszy Bozsik przez dwadzieścia lat prowadził swych Honvedów na bitwy piłkarskie. Czarna Pantera-Grosic polował na piłki strzegąc bramki, a Kocsis, Budai i Czibor rozgrywali jak chcieli wszystkich na Węgrzech i w całej Europie. Kto teraz pamięta że przed erą pucharów klubowych to Honved (nie Real) był uważany za najlepszy na całym kontynencie. I dalej zadawać sobie można pytanie bez odpowiedzi. Jak oni w tym 54 tego mistrzostwa świata nie zdobyli. Cóż, było minęło, cuci mnie z letargu pan kibic Honvedu z papierosem przyklejonym do ust i pokazuje koszulkę z Lajoszami grającymi w klubie (Kocsis, Tichy, Detari). Śmieje się głośno i chyba dumny jest że obcokrajowcy o jego miejscu chcą pisać. Jeszcze zaciąga nas na do pani z grzańcem a my w euforii pomocy bo proszą o pomoc, dźwigamy gar i o mały włos nie chlustamy gorącym trunkiem na ziemię…Nic to, idziemy dalej do głównego budynku. Bardziej przypomina siedzibę jakiejś Chemio-budowy z początku lat siedemdziesiątych niż lokal klubowy. Wchodzimy do sklepiku i od razu walę: chcę koszulkę z Puskasem ! Sympatyczny sprzedawca patrzy na mnie dziwnie i mówi że Honved, klub w którym Puskas grał całe swoje „węgierskie” życie nie posiada praw do wizerunku. Rodzina zabrała ? Nie. Zabrał klub Puskas Akademia, czyli ulubiona zabawka premiera Orbana…Orbanistan w pełnej krasie…
Zadowoliłem się koszulką z logo klubu i szalikiem. Skierowaliśmy się w stronę wyjścia i przeszliśmy całą aleją kolorowych graffiti. O kibicach tam było, o Kispescie, o piłkarzach i o Węgrach. Piękna sprawa.

Jeszcze się odwróciłem na koniec i patrząc na klub, przypomniałem sobie rozmowę z działaczem Honvedu, który mówił że nowy stadion w drodze, że będzie przebudowa, że 8.500 kibiców będzie tam miało swoje miejsca…Gdy usłyszał to pan od „Lajoszów”, westchnął wypuszczając kłęby dymu papierosowego i z szerokim zamachem puknął się w czoło. „Jak to tylko 8500, przecież to Honved” powiedział…

Be First to Comment

Dodaj komentarz